niedziela, 27 maja 2012

Rozdział 1 "Fortuno, moja Pani"

Mężczyzna nerwowo przeczesał się po przystrzyżonej brodzie i chuchnął w kości. Naokoło niego stali zaciekawieni gapie wychylający się jeden przez drugiego, by obserwować rozgrywkę, a przed nim, na środku stołu, ostatnia cenna, materialna rzecz jaką miał, jego miecz. Wyprofilowane ostrze ze zdobionym jelcem i trzema niebieskimi kamieniami, dwa z nich były zatknięte na końcach jelca a jeden w głowicy o kształcie kropli, wygrał je kiedyś, nie pamiętał kiedy dokładnie, w karty. Najwyraźniej Pani Fortuna w swej przewrotności postanowiła odebrać mu to, co od niej dostał. Przez chwilę zastanawiał się jak w ogóle znalazł się w tym miejscu.

Zbliżał się wieczór, więc poszedł do karczmy. Jako jedyny w okolicy przybytek różnego rodzaju rozrywek pękała w szwach. Na licznych, drewnianych ławach i krzesłach przesiadywali stali bywalcy, ale dostrzegł też sporo podróżnych. Karczmarz i dwie dziewki roznosili proste, smakowicie pachnące posiłki.

Zgłodniał, zamówił kolację i piwo. Po całym dniu na szlaku potrzebował chwili wytchnienia. Miał w końcu iść do wynajętego pokoju na piętrze, gdy kilka osób zakrzyknęło "Kości!". Następna godzina przemknęła jak w malignie. Kolejne zakłady, przegrane, miał już odejść, ale udało mu się trochę wygrać i tak w kółko, aż do tej chwili. Żeby chociaż trafiła mu się jakaś trójka, liczył w duchu. Wyrzucił. Wśród pięciu kostek, na trzech widniało pojedyncze oczko.

- Trójka jedynek - zakpił jego główny oponent w tej nierównej walce. Rosły mężczyzna o zakazanej twarzy złapał kości i pewnie wyrzucił na stół. Wypadły cztery czwórki. - Przerzucam jedną, a ty?

Miał szanse wyrzucić pięć jedynek, nawet spore. Wtedy by wygrał, o ile tamten nie dorzuciłby ostatniej czwórki. Dopił kufel do dna. Piwo wydało mu się cierpkie, jakby skwaśniało. Splunął.

- D... - zaczął, ale poczuł że ktoś go łapie za ramię.

- Przerzuć wszystkie - aksamitny kobiecy głos zamruczał mu nad głową.

Odwrócił się. Za nim, mimo że przed chwilą kłębiło się tu od spoconych, zapijaczonych obwiesiów, którzy czekali na swoją kolej, by zagrać, stała młoda kobieta. Burzę blond loków rozświetlał świecznik u powały. Bruno przez chwilę skupiał wzrok. Włosy opadały na odkryte ramiona i wydatny dekolt, którego nie powstydziły by się karczemne dziewki, niestety reszta cuda skrywała się pod dokładnie zasznurowanym granatowym gorsetem z drogiego materiału, którego nazwę zapomniał bardzo dawno temu. Dłoń na jego ramieniu była wyjątkowo drobna jak na właścicielkę tak kształtnego... gorsetu. Coś jeszcze nie pasowało mu w kobiecie, ale nie mógł za bardzo skupić myśli. Blondynka uśmiechnęła się szeroko i skinęła w kierunku stołu.

- Wszystkie - powiedział pewnym głosem do swojego oponenta. Czuł, że los się w końcu odwróci.

Usłyszał kpiące śmiechy naokoło, ale ciągle czuł pokrzepiający uścisk na ramieniu. Nawet jeśli potem okaże się, że kobieta była tylko pijacką zwidą, postanowił zaryzykować. W końcu ile można przegrywać?

- Proszę bardzo. Coś czuję, że będę miał piękną broń - zakpił jego przeciwnik.
- Rzucaj - odparł spokojnie.

Na dorzucanej kości wypadła trójka. Mina mężczyzny trochę zrzedła. Jednak po chwili odzyskał rezon.

- Na takich jak ty nie potrzeba więcej - spojrzał się po swoich kompanach zaśmiawszy się w głos, po czym wychylił jednym haustem piwo. - Jak wygram, stawiam wszystkim po kielichu!

Bruno złapał kości i wbrew swoim nawykom po prostu je rzucił. Bez chuchania, zaklinania, czy innych zabobonów. Na każdej z pięciu kostek było równo po pięć oczek. W tym momencie, poczuł, że obecność blondwłosego anioła stróża się ulatnia.

- Co? - zdziwił się ktoś z zawiedzionych gapiów, wielu z nich już szykowało się na darmowy toast.

- Chwila, panowie - niemalże instynktownie wyczuwając maruderów, Bruno wszedł w słowo. - Nikt nie powiedział, że gdy wygram ja, nikomu nie postawię - wstał od stołu łapiąc sakiewkę. - Karczmarzu! Kolejka dla wszystkich!

Zawtórowały mu ryki zadowolonej gawiedzi. Odwrócił się do swojego przeciwnika, by uścisnąć mu dłoń.

- Miałeś szczęście - warknął tamten wstając i wyszedł z karczmy rozpychając się wśród tłumu.

Bruno szybko pozbierał swoją nagrodę, bo już kilka miedziaków zdążyło zniknąć wśród radosnego motłochu. Rozliczył się z karczmarzem i postanowił pójść do pokoju, gdy kątem oka dojrzał blondwłosą siedzącą na ławie nieopodal paleniska. Zajadała się czymś zielonym z wyraźnym zamiłowaniem. Dopiero teraz zauważył, co mu w kobiecie nie odpowiada. Z burzy loków wystawały spiczaste końcówki uszu. Nie czekając, aż ktoś się do - bądź co bądź jedynej w tym miejscu, poza dwiema kelnerkami - kobiety dosiądzie, Bruno przeczesał ciemne, krótkie włosy, trochę je układając, złapał dwa kielichy grzanego wina i usiadł naprzeciwko elfki.

- Proszę - podał jej trunek siląc się na manieryzm. - Za to, że przyniosłaś mi szczęście, tam przy stole.
Zerknęła na niego nienaturalnie dużymi, niebieskimi oczami. Odstawiła pusty talerz na bok i uśmiechnęła się uprzejmie.

- Dziękuję - powiedziała nie zmieniając wyrazu twarzy. - By w zupełności wystarczyło. Przed pierwszą kwadrą nie pijam alkoholu.

Wzruszył ramionami i wychylił swój kielich. Kobieta przyglądała mu się z wyraźnym rozbawieniem i czymś jeszcze, czego nie mógł rozgryźć.

- Dziękuję - powiedział w końcu. - Paskudny nałóg... Jestem Bruno. Po prostu Bruno. - podał jej rękę.

- Po prostu Mio - uścisnęła go mocno, ku jego zdziwieniu. Z tego co gdzieś usłyszał, elfy były słabowite. - Cieszy mnie, Bruno, że nie postanowiłeś nadużywać swojego szczęścia dzisiejszego wieczoru - jej ton był irytująco protekcjonalny, jakby ganiła go guwernantka. - Szczęście bywa kapryśne.

Przytaknął podświadomie. Otrząsnął się i wychylił drugi kielich. Czuł jak ciepły trunek przyjemnie rozluźnia i rozjaśnia mu umysł.

- Powiedz mi - zaczął skupiając wzrok na swojej rozmówczyni. - Nigdy dotąd nie spotkałem elfa, a tym bardziej elfki. W Imperium niewielu was można spotkać - jego oczy mimochodem wędrowały w stronę gorsetu Mio, bardzo bogatego gorsetu. Podobno elfki były cherlawe i nieciekawe, a tu taka miła niespodzianka. - Ogólnie jesteście niechętnie tu widziani, choć nie wiem czemu - próbował zebrać myśli, ale uroczy widok przed nim był bardzo rozpraszający. - I...

Elfka chrząknęła wymownie. Zerknął na nią.

- No co? - zapytał z lekkim oburzeniem. Czuł, że jeszcze chwila i powie parę słów za dużo, ale język nie chciał przestać kłapać, a gęba się zamknąć. - To twoja wina, że mnie rozpraszasz!
Śmiech. Czysty... rechot? Ten śmiech zupełnie nie pasował do jego wyobrażenia na temat elfów, ale za to otrzeźwił Bruna momentalnie.

- Oj Bruno, Bruno - przycisnęła drobną dłoń do piersi wyrównując oddech. - Jesteś zbyt prostolinijny po alkoholu, by się na ciebie gniewać. Mimo że należy ci się policzek.

Obruszył się lekko, ale po chwili uśmiechnął zakłopotany.

- Przepraszam, rzeczywiście, za dużo alkoholu i człowiek bredzi.

- Nie żywię urazy - uśmiech Mio był całkiem szczery. - Aczkolwiek byłoby miło, gdybyś dokończył myśl, która gdzieś zaginęła w twoich słowach. Musisz jeszcze trochę pocierpieć z powodu mojego stroju, niestety podarłam koszulę. Żona karczmarza obiecała mi ją zaszyć, ale dopiero rano będzie gotowa - rozsiadła się na ławie w bardzo nieeleganckiej pozie, jedną nogę w obcisłych spodniach z dziwnego, śliskiego materiału postawiła opierając kolanem o stół. - Masz rację, mało jest elfów w Imperium. Właściwie, odkąd wyruszyłam z domu, żadnego do tej pory nie spotkałam. Trochę mnie to dziwi, bo jak na razie nie przytrafiły mi się żadne nieprzyjemności z racji pochodzenia.

- A tak właściwie to co ty tu robisz? - wtrącił. - Znaczy w ogóle, w Imperium.

Przez chwilę mu się zdawało, że po dłoni elfki spływa woda. Zamrugał oczami, jednak jej ręce były suche.

- Zwiedzam - odparła, jakby to było coś oczywistego. - Zanim dorosłość się o mnie upomni, postanowiłam poznać trochę świat. Później, niestety, obowiązki nie pozwolą mi podróżować.

- Jakie obowiązki? - wyrwało mu się.

Znowu śmiech, tym razem subtelny chichot. Znowu coś co mu nie pasowało do zasłyszanych opinii o elfach, które podobno były eleganckie, wyniosłe i na pewno nie potrafiły się śmiać.

- Za dużo chcesz się dowiedzieć jak na jeden wieczór - puściła mu oko. - Skąd wiesz, czy nie strzegę jakichś elfich sekretów, za poznanie których musiałabym cię... uciszyć na zawsze?

Teraz uśmiech elfki zrobił się paskudny. Bruno poprawił się nerwowo na krześle odruchowo zerkając na swoją broń.

- Spokojnie - powiedziała pojednawczo. - To był żart. Po prostu, obowiązki dorosłego życia, przed którymi na jakiś czas uciekłam. A podróże kształcą.

Przyjrzał się jej. Na pewno nigdy by nie pomyślał o tym, że elfy są... złośliwe. Ale z drugiej strony, opinie o nich słyszał od ludzi, którzy też skądś je zasłyszeli. Nikt z jego znajomych żadnego elfa nigdy nie poznał. Uśmiechnął się. Złośliwość była bardzo ciekawą, ludzką cechą.

- No tak, jak się ma sto lat na karku to trzeba się wreszcie ustatkować - powiedział oczywistym tonem, ciekaw czy kolejna plotka się potwierdzi. Elfy były długowieczne. Podobno
.
- Hmm... - zastanowiła się przyglądając mu uważniej. - Poznałam jednego stuletniego starca. Przynajmniej twierdził, że ma sto lat. Czyżby mnie okłamał?

- Jak to?

- Bo skoro ty masz sto lat, to on musiał mieć o wiele więcej - odparła zamyślona.

- Nie, nie mam tyle - zaczął tłumaczyć czując zakłopotanie. - Sto lat to bardzo dużo jak dla ludzi... - zauważył błysk w roześmianych oczach elfki, mimo że starała się zachować powagę. - Czy ty się ze mnie zgrywasz? Ale w takim razie powiedz mi, o ile to nie jest jakiś wielki sekret, jak to u was elfów jest? Ludzie mówią, że żyjecie po tysiąc lat.

Znowu wydało mu się, że po rękach elfki spływa woda. Spróbował skupić wzrok na wzorach przez nią tworzonych, ale oczy zaczęły mu łzawić i gdy zamrugał, po cieczy nie było śladu.

- Sto lat to sporo, ale zdarza się, że któryś elf ma więcej nim zaśnie - odparła. - Wiem, że wśród ludzi krążą plotki o nieśmiertelnych długouchych. Zdążyłam się nasłuchać.

Ostatnie było powiedziane ze zrezygnowaniem. Ucięło to jego chęci sprawdzenia kilku kolejnych plotek. Blondynka uśmiechnęła się zmęczona.

- Miło było cię poznać, Bruno - powiedziała podnosząc się. - Ale rano ruszam dalej i muszę odpocząć.
Poderwał się machinalnie stając na baczność. Zaklął pod nosem na wyuczone nawyki i stanął niechlujnie, ale patrzył wprost na elfkę.

- Też rano ruszam - palnął nim się zastanowił nad swoimi słowami. - Dokąd się wybierasz? Bo może mógłbym cię choć kawałek odprowadzić. We dwójkę na pewno raźniej na szlaku. No i jestem ci coś winien.

- Markiz Hubert von Grasse zaprosił mnie na swój dwór - zaczęła ostrożnie, zauważył, że jej uszy drgają nerwowo, co wywołało u niego lekki uśmiech, nie wiedział, że elfy tak potrafią. - To na południowy wschód stąd.

- Dobry miesiąc drogi - dopowiedział Bruno brnąc dalej. - Po drodze do Innsbourga, gdzie zmierzam.
Elfka uśmiechnęła się z wdzięcznością i ulgą.

- W takim razie, Bruno, widzimy się przy śniadaniu - odparła posyłając mu zalotnego całusa w powietrzu.
Przysiadł przyglądając się odchodzącej elfce. Podobno nie miały w sobie nic z kobiecości, bardziej podobne do dojrzewającego podlotka. Mio podważyła kolejną plotkę krążącą o elfim rodzaju.

11 komentarzy:

  1. Jest to pierwszy rozdział pierwszego tomu sztampowej powieści fantasy, którą napisałam. Drugi tom powstanie zapewne w listopadzie. Na razie w pewnych odstępach czasu będę publikować tom pierwszy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podróżują po Imperium, czyli powieść będzie w settingu War-młotka?

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie. Wiem, że Imperium się kojarzy z Warhammerem, ale świat jest mój własny. W Warhammerze jest specyficzna koncepcja wiary i magii, nie pasująca do mojej wizji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajnie się czytało, zwłaszcza że znam kulisy powstawania tej powieści. Podobają mi się poprawki i luźny styl opowieści. jakbym przyglądał się sesji RPG albo oglądał film :)

    Nie daj nam czekać długo na kolejną część na dalsze części.

    OdpowiedzUsuń
  5. :] Pisz, pisz! chcę wiedzieć co dalej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Spokojnie, następny rozdział w niedzielę. I nie "pisz, pisz", bo całość jest napisana, raczej "przepisz, przepisz". Chyba, że są jakieś szczególne życzenia i zamówienia na konkretną scenę.

    OdpowiedzUsuń
  7. O! Setting powstał na długo przed, w trakcie przygotowań do, czy po larpie, zainspirowany nim?

    OdpowiedzUsuń
  8. Po trochu każde z tych trzech. Zaczęło się od projektu postaci, które trzeba było przetestować. W trakcie przygotowań wyklarowała mi się wizja świata. Po larpie doszło mnóstwo pomysłów zarówno na fabułę jak i dodatki do wyglądu Imperium.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dobrze się czyta :) Biorę się za drugi rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  10. Powiem szczerze, że całkiem ciekawe. :) Zobaczymy jak dalej...

    OdpowiedzUsuń
  11. Przepraszam, że z Anonima, ale "zastrzelił" mnie pierwszy akapit.
    "[...]Wyprofilowane ostrze ze zdobionym jelcem i trzema niebieskimi kamieniami, dwa z nich były zatknięte na końcach jelca a jeden w głowicy o kształcie kropli,[...]". Zajrzałem do "Słownika uzbrojenia historycznego" [tak, wiem, to niezupełnie fantasy...]i przyszło mi do głowy kilka kwestii:
    >>Co to jest "wyprofilowane ostrze"? W sensie, że ostre? Że w jakimś szczególnym kształcie? Nie w pełni zrozumiałem...
    >>"ostrze ze zdobionym jelcem" - raczej 'miecz o zdobionym jelcu i głowni wyprofilowanej[...]'
    >>"dwa z nich były zatknięte na końcach jelca" - mocowanie kamieni szlachetnych lub ozdobnych określa się "obsadą", zatem 'dwa z nich były obsadzone\osadzone [dopuszczalna oboczność] na końcach jelca'.
    >>"Końce jelca" określa się jako ramiona jelca [w jelcach krzyżowych] lub wąsy jelca [w fantazyjnie wygiętych]. Zatem 'na końcach ramion jelca'
    I już się więcej [na razie ;-)] nie czepiam.

    OdpowiedzUsuń