niedziela, 3 czerwca 2012

Rozdział 2 "W ciemnym lesie czai się..."

Rankiem wstał skoro świt. Spakował swój niewielki dobytek do jednego worka, dokładnie go związał i ostatni raz obrzucił spojrzeniem malutki pokoik. Łóżko zaścielone, okiennice otwarte, by wywietrzyć. Zarówno z krzesła jak i ze stolika nie korzystał.


Zszedł na śniadanie, gdzie przy centralnym stole siedziała, a raczej leżała półprzytomna długoucha, w rozchełstanej koszuli nocnej, spod stołu wystawała jej bosa stopa. Z jednej strony wyglądało to bardzo interesująco, z drugiej strony rozejrzał się po karczmie czekając, czy jakiś podpity typ nie będzie przeszkadzał śpiącej, ale sala karczemna była pusta. Gdy ostatni schodek skrzypnął elfka poderwała się siadając prosto.

- Ale ja nie śpię - powiedziała głośno, a po czym zaczęła się rozglądać trochę zdziwiona. - O, Bruno, dzień dobry - przywitała się z nim ziewając szeroko. - Chyba trochę przysnęłam czekając na śniadanie.

Dosiadł się obok mimowolnie rzucając spojrzenie na ubranie blondynki. Jednak nie zapomniała założyć spodni.

- Dzień dobry, Mio - przywitał się z nią całkiem rozbudzony. - Wyspałaś się?

Westchnęła ostentacyjnie.

- A skądże. Niewygodne łóżko, cienki koc, te wszystkie owady - narzekała gestykulując. - I jeszcze ktoś potwornie chrapał za ścianą. O awanturze nad ranem nie wspomnę. Ktoś uznał, że jednak będzie spał na żyrandolu i próbował się wspiąć. Nie udało mu się, ale wszczął bójkę. Na szczęście został wyprowadzony...

Uciszyła się, gdyż zaspany karczmarz przyniósł talerz rzodkiewek i nasion słonecznika i postawił przed elfką.

- Pyszności! - uśmiechnęła się szeroko.

- Co podać? - zapytał Bruna. - To samo?

Ten obrzucił zieleninę szybkim spojrzeniem.

- Świeży chleb może macie? - zapytał z nadzieją. - I kubek mleka... I może jakąś jajecznicę - dorzucił.

- Zaraz przyniosę - odparł z ulgą wycofując się za kontuar.

Chwilę później stało przed nim ciepłe mleko, parujący jeszcze bochen chleba i wielki talerz gorącej jajecznicy z kilku jajek. Rozliczył się od razu za posiłek i pokój.

- Żona karczmarza to bardzo miła kobieta - zagadnęła Mio zagryzając rzodkiewkę. - Ale on jest jakiś dziwny...

- Czemu? - zapytał wgryzając się w ciepłe pieczywo.

- Nie mógł zrozumieć mojego dzisiejszego zamówienia, chociaż mówiłam o nim wczoraj wieczorem - odparła z westchnieniem. - Co to za problem wstać o świcie i zerwać świeże warzywa z ogródka? Nie kazałam mu przecież jechać na odległy targ.

Uśmiechnął się lekko.

- Może to przez tą nocną awanturę? - podsunął wypijając mleko. Nie ma nic smaczniejszego z rana.

- Może - zgodziła się elfka wybierając nasiona. - A może też dlatego, że słonecznik musiał zabrać z przydziału paszy dla bydła... Czy twoja wczorajsza propozycja jest dalej aktualna? - dopytała patrząc na niego wnikliwie.

- Tak - odparł przez chwilę zastanawiając się o czym długoucha mówi, dopiero chwilę potem skojarzył swoją nadmierną nadgorliwość po gorącym alkoholu w nocy. - I tak wybieram się do Innsbourga. Ziemie markiza są po drodze.

- To dobrze - powiedziała zadowolona elfka. - Bo prawdę powiedziawszy, samemu paskudnie mi się do tej pory podróżowało. A w dużych karawanach kupieckich i tak wszyscy siedzą w zamkniętym gronie - zerwała się nagle z miejsca. - No, ale trzeba się przygotować! Mam nadzieję, że karczmarz przygotował moje zamówienie na wynos. Ty już jesteś gotowy?

Nie pomyślał o zapasach. A do następnej karczmy były dwa dni drogi. Karczmy porozsiewane były w odstępie jednego dnia jazdy wozem, by ułatwić kupcom podróż przez krainę. Piesi wędrowcy musieli troszczyć się sami o nocleg na traktach.

- Pójdę porozmawiać z karczmarzem i będę gotowy - wstał od stołu i skierował się na zaplecze.

Porozmawiał chwilę z karczmarzem, który przygotował mu za dość sowitą opłatą zapas jedzenia i świeżej wody na dwa dni drogi.



Godzinę później karczma zniknęła im w leśnym gąszczu. Elfka rozglądała się zaintrygowana każdym drobiazgiem, szelestem, świergotem czy przebłyskiem wśród gęstwiny, co bardzo spowolniło podróż. Bruno parę razy musiał przystawać, by na nią zaczekać. Przy okazji zasypywała go mnóstwem nieistotnych pytań o różne dziwne, nieistotne szczegóły z życia ludzi. Cierpliwie odpowiadał na każde z nich, choć sam pragnął się odwdzięczyć długouchowi. Jak na razie wszystkie historie dotyczące elfów, o których słyszał, okazały się bujdą, dlatego chciał poznać prawdę o tym ludzie. Jednak Mio nie dawała mu dojść do słowa, gdy tylko kończył odpowiedź rzucała kolejne pytanie. W końcu zapytała o to, czym on się zajmuje. Zastanowił się dłuższą chwilę co powiedzieć.

- Poza przegrywaniem w kości? Mój miecz - wskazał na broń w pochwie przypiętej na plecach. - jest do wynajęcia.

Jeden z jego znajomych śmiał się, że próbuje naśladować herosów z legend nosząc w ten sposób broń, po czym sam o mało się nie poranił potykając o źle przypięty do pasa topór - do pleców było mu wygodniej sięgnąć i zaatakować.

- O - przyjrzała się broni. - A czym walczysz, jak ktoś wypożycza od ciebie broń?

- Nie, o to chodzi - zaczął wyjaśniać, gdy zauważył złośliwy uśmiech na twarzy elfki. - Nie wiedziałem, że elfy są takie wredne.

Mio zachichotała.

- Przepraszam - powiedziała w końcu. - Śmieszą mnie po prostu te ludzkie metafory. Są takie... nierealne.

- Może... - wzruszył ramionami.

Po drodze zatrzymali się trzy razy, by odpocząć i się posilić, nim zaczęło zmierzchać. Mimo środka lata w lesie było chłodno. Po prawej stronie traktu odchodziła droga na małą polanę z przygotowanym miejscem na obozowisko i drewnem na opał.

- Ten zwyczaj bardzo mi się u was podoba - zagadnęła elfka wskazując na stertę drewna. - Żeby każdy podróżujący nie trudził się z rozbijaniem obozu. Nazbieram chrustu dla następnych. Rozpalisz ognisko?

Przytaknął nieświadomie i elfka zniknęła w lesie nim zdążył coś jeszcze powiedzieć. Wystarczyłoby wysprzątać polanę, by zebrać dość drewna na dwa następne obozy, ale skoro długoucha była daleko poza zasięgiem słuchu pozostało mu tylko zająć się rozpaleniem ognia. Zajęło mu to ledwie chwilę, gdyż drewno było dobrze wysuszone. Znak, że w tym konkretnie miejscu dawno temu ktoś je położył.

Ogień objął już wszystkie ustawione szczapy, gdy słońce całkiem zaszło. Mio jednak dalej nie wracała. Trochę zaczynało go to niepokoić. Wtedy usłyszał szelest z głębi lasu, coś się zbliżało. Po dźwiękach sądząc mogło to być jakieś dzikie zwierzę, gdyż krążyło chaotycznie, jakby szukając pożywienia. Na wszelki wypadek przygotował broń, gdyby okazało się, że to nie sarna, a dzik, czy niedźwiedź. Choć raczej było za małe na niedźwiedzia.

Na polanę wytoczyła się elfka z szerokim uśmiechem na twarzy. W dłoni trzymała dwa patyczki, którymi machała naokoło. Podeszła do niego ciężko opadając tuż przed ogniskiem.

- Zerwałam grzyby - poinformowała sięgając do przypiętej do paska skórzanej sakwy. - Próbowałam, dobre - patrzyła na niego z szerokim uśmiechem. - Jakie ładne ognisko.

Odsunął się trochę od niej. Wyglądała i zachowywała się podejrzanie. Nie, żeby do tej pory sprawiała wrażenie normalnej. Ale teraz wyglądała dziwnie. Dziwniej niż wcześniej. Przekrzywiła głowę nachylając się do ogniska, parsknęła gdy poczuła dym.

- Co to za grzyby? - zapytał podejrzliwie. - Gdzie chrust?

- O tu - podrzuciła do góry dwa patyki, spadły na ziemię, jeden trącił kostkę elfki. - Grzyby, mam - nabrała powietrze, po czym wybuchła śmiechem.

- Taak? - jedna brew uniosła mu się pytająco. Elfka zachowywała się jakby opiła się kiepskiego bimbru.

- No bo... - zaczęła tłumaczyć, ale po lesie poniósł się szaleńczy śmiech.

Bruno złapał za miecz, w momencie, gdy na polanę od strony traktu wybiegło pięciu mężczyzn w czarnych szmatach zakrywających pół twarzy. Każdy trzymał w jednej ręce drewnianą pałkę, a w drugiej prymitywny sztylet - przez karczemnych kucharzy używany do skórowania tuszek, bo gładko odcinał skórę od tłuszczu nie naruszając jego struktury. Okrążyli ich dość szybko i sprawnie. Bruno musiał przyznać im wprawę w rabunkach.

- Ha! - zaśmiał się największy z nich, z jego pałki wystawały paskudne gwoździe. - Myślałeś, że tak sobie z moim złotem odjedziesz? Nikt nie ma takiego szczęścia! Oszukiwałeś, szulerze! Myślałeś, że po prostu sobie odjedziesz? Śledziliśmy cię już od karczmy, a teraz grzecznie oddaj co zabrałeś!

- Wygrał - wtrąciła wyszczerzona elfka przesuwając szczapy w ognisku, zupełnie nie przejmowała się, że może się poparzyć. - Jaki ładny płomień.

- Nie powinieneś wygrać! - wydarł się mężczyzna.

Wywołało to gardłowy okrzyk u jego towarzyszy, którzy rzucili się w stronę, od dłuższego czasu przygotowanego na atak, Bruna.

Niewprawne zbiry zaatakowały z całą siłą równocześnie, nie bacząc na towarzyszy. Bruno zrobił krok w bok. Szybkie cięcie z lewej podcięło jednego z napastników, który runął przed siebie utrudniając swoim kumplom atak. Drugi przypadkiem zahaczył trzeciego pałką. Cięcie na odlew wytrąciło mu sztylet z ręki, a uderzenie ćwiekowaną rękawicą prosto w nos posłało go na ziemię. Czwarty zatrzymał się w połowie szaleńczego ataku, widząc położonych na łopatki współtowarzyszy, spojrzał pytająco na szefa, gdy jednak nie uzyskał odpowiedzi, z przerażającym okrzykiem zarzynanego świniaka pobiegł głęboko w las rzucając broń w krzaki.

Bruno zmierzył wyrachowanym spojrzeniem herszta bandy, który momentalnie rzucił broń na ziemię poddając się.

- Jaśnie pan raczy wybaczyć - zaczął się kajać. - Zaszła pomyłka. My tu, prości ludzie, drogi przy karczmie pilnujemy. Karczmarz powiedział, że była kradzież, to głupi, pomyśleli my, że... Przepraszamy, już nas nie ma...

Bruno uniósł brew znacząco. Wskazał końcówką miecza na powalonych, półprzytomnych opryszków.

- Zabieraj ich stąd - warknął.

Ciągle trzymając ich praktycznie na ostrzu miecza odczekał, aż znikną w głębokim lesie. Słyszał trzask łamanych przez uciekinierów gałęzi. W końcu westchnął i przysiadł przy ogniu patrząc na zamyśloną elfkę. Na jej twarzy ciągle gościł ten kretyński uśmiech, jakby nie zauważyła całego zajścia.

- To co to za grzyby? - zapytał popijając wody z bukłaka. Dokładnie wytarł ostrze miecza i schował go z powrotem do pochwy.

Spojrzała na niego pokazując małe jasnobrązowe grzybki podobne do psiaków, tylko z wydatniejszą blaszką pod kapeluszem.

- Jeden kupiec opowiadał mi o nich. Podobno są bardzo cenne w stolicy Imperium - powiedziała zawijając w białą chusteczkę grzyby i chowając je do sakwy przy pasie. - Postanowiłam spróbować.

Coś mu zaczynało świtać w głowie.

- A mówił ci ten kupiec co z nimi trzeba zrobić?

- Zjeść trochę - mlasnęła. - Ale najlepiej wysuszone, bo świeże są za mocne.
Westchnął ponownie.

- Te grzybki jadają znachorzy i bogate fircyki, wiesz o tym? - zapytał. - Żeby dobrze się bawić, głupia - warknął. - Truciznę też byś wypiła z ciekawości?

Zmarszczyła nos urażona, ale wzrok jej się rozbiegł.

- Idź spać lepiej - poradził. - Jednak elfy są dziwne, jak mówili.

Odwróciła się do niego plecami ostentacyjnie i wpatrywała się w las. Po kilku dłuższych chwilach jej głowa opadła na ramiona. Bruno uśmiechnął się pod nosem, wstał po cichu, złapał swój koc i ostrożnie owinął nim śpiącą elfkę.

- Śpij, cudaku - powiedział cicho i wrócił do pilnowania ogniska.

Ułożył szczapy, by same zsuwały się jedna po drugiej i podtrzymywały ogień, odsunął się trochę, siadając pod drzewem i zdrzemnął opierając głowę na mieczu, który trzymał w rękach. Jednak chwilę potem zmógł go mocny sen.

Obudził się dopiero o świcie. Ognisko dogasało, a na polanie zebrało się pełno rosy. Słońce skrzyło się w kropelkach, tworząc bajkowy widok. Na środku mokrej trawy, ledwie przykryta kocem, leżała wyciągnięta na plecach elfka. Nie wiedział czemu, ale spodziewał się ją ujrzeć w bardziej eleganckiej, zbliżonej do embrionalnej, pozie. Albo jak zaklęte księżniczki z baśni, z dłońmi złożonymi na piersiach. Z drugiej strony zaczynał szczerze wątpić we wszystkie zasłyszane, zapewne wyssane z palca, historie na temat tego tajemniczego ludu.

- Chyba sam kiedyś napiszę poradnik... - zastanowił się na głos rozprostowując zastałe kości. - "Elfy - prawda i mity", wśród szlachty może wywołać zainteresowanie.

- Mhh? - zamruczała kobieta przekręcając się na brzuch i lądując twarzą w mokrej trawie.


Kontakt z zimną wodą nie rozbudził jej jednak. Mężczyzna zaśmiał się widząc jej zadowoloną minę, gdy wdychała zapach rosy.

- Ej, cudaku, wstawaj - zawołał, gdy do spakowania pozostał mu tylko wilgotny koc, który owinęła wokół siebie elfka. Poukładany stos patyków czekał na następnych podróżnych obok kamiennego kręgu ogniska. - Bo cię mrówki zjedzą.

Dziewczyna powoli i z wyraźną trudnością otworzyła oczy. Wsparła się na dłoniach, by się podnieść i rzuciła mu nieprzytomne spojrzenie. Zlizała kropelkę rosy ze spierzchniętych ust. Bruno podsunął jej bukłak z wodą. Wypiła prawie całą jego zawartość.

- Musisz mi sporo opowiedzieć - powiedział zabierając i składając koc. - Wolałbym wiedzieć kiedy następnym razem najesz się grzybów, albo zrobisz coś równie głupiego.

- Dobre grzyby - przyznała trochę przytomniej poprawiając pogniecione ubranie. - Chciałam wiedzieć, czemu wy ludzie się tak nimi zachwycacie.

- I co? Warto było? - parsknął ironicznie.

- Czy ja wiem... - zastanowiła się chwilę. - Odcina od strumienia, tak jakbym się najadła viande - dokończyła enigmatycznie. - Ruszamy dalej?

Machnął ręką.

- Dziś wieczorem dotrzemy do następnej karczmy - zaczął, gdy byli z powrotem na trakcie. - O ile znowu nie trafią nam się jakieś oprychy z problemami.

Tym razem elfka szła w ciszy, kontemplując cokolwiek jej na myśl przychodziło. Nie zatrzymywała się, nie pytała o nic. Aż wywołało to ciekawość u Bruna.

- Mio - zagadnął zagryzając suszone mięso, gdy zatrzymali się na posiłek. Elfka zjadała olbrzymią marchewkę, zerknęła na niego pytająco. - Po co podróżujesz do von Grasse'a? Wprawdzie ma opinię zniewieściałego sodomity, ale całkowicie nie pasujesz mi do wizerunku klasycznego elfa, który mógłby znaleźć coś interesującego dla siebie na dworze markiza.

Parsknęła i chrupnęła marchewką.

- Idę tam dlatego - wyciągnęła z plecaka zwinięty, poplamiony czymś różowym, pergamin.

Bruno otworzył go i odczytał.

"Hubert von Grasse, markiz Grasse, ogłasza co następuje:
W związku z ostatnimi nieszczęsnymi zrządzeniami losu zostaje zorganizowana wyprawa na tereny Północnej Prowincji. Poszukiwani najmężniejsi mieszkańcy Imperium do wzięcia udziału w wyprawie. Nieważnym jest stan posiadania czy pochodzenie ochotników, pod warunkiem, że będą w stanie udowodnić swoją przydatność w wyprawie. Tych, którzy przyczynią się do zażegnania kryzysu, czekać będą tytuły szlacheckie i nadania ziemskie. Wszyscy przekonani o tym, że podołają zadaniu winni się zgłaszać do dworu w Grasse przed najbliższym..." reszta tekstu była zachlapana czymś żółtawym.

Zerknął zaciekawiony na elfkę.

- Wybacz, ale... co cię takiego zainteresowało w tej wyprawie? - zapytał sceptycznie. - Mówiłaś, że i tak będziesz wracać do swoich.

- A, to, nieważne - machnęła zwijając pergamin jeszcze bardziej go niszcząc. - Plotki były ciekawsze. Podobno w dolinie grasuje smok i po to jest organizowana ta cała wyprawa - wyjaśniła.

Bruno zainteresował się.

- Smok? - zapytał.

- Nigdy nie widziałam smoka! - zakrzyknęła entuzjastycznie długoucha. - I może mi się taka okazja ponownie nie trafić.

Obserwował chwilę rozpromienioną blondynkę.

- Wiesz, też bym chętnie zobaczył jaszczura - przyznał zastanawiając się. - A do Innsbourga zdążę jeszcze zajrzeć... Myślisz, że przydam się markizowi?

Czekał na jej reakcję, jednak nie wyglądała na zdziwioną czy zawiedzioną. Do tej pory nie miał problemów z rozgryzaniem ludzi, ale z elfką zupełnie nie mógł sobie poradzić.

- Bo ja wiem - wzruszyła ramionami. - Zależy co ów markiz planuje zrobić. Zawsze możesz go zapytać.

- A co z przyobiecaną ziemią i tytułami? - zasugerował upijając wodę. - Nie zależy ci na nich?

- O niee - odsunęła się trochę od niego, jakby powiedział coś zdrożnego. - Starczy mi własnych ziem i tytułów, by jeszcze zajmować się sprawami ludzi...

Jej głos był pełen przekonania, co tym bardziej zaciekawiło Bruna.

- Własnych? Jesteś jakąś elfią szlachcianką? Czemu nic wcześniej nie mówiłaś? - dopytywał przyglądając się zaniedbanemu przez podróż cudakowi. - Rzeczywiście jesteście dziwni...

Prychnęła niezadowolona.

- Nie mówiłam, bo nie pytałeś - mruknęła pod nosem urażonym tonem.

„Nie pytałem, bo nie dałaś mi dojść do słowa.” chciał powiedzieć, ale ugryzł się w język. Skoro elfka zaczęła mówić, niech mówi. Może przynajmniej dowie się wreszcie czegoś o tym ludzie. Albo wreszcie zrozumie co kieruje długouchym cudakiem.

- I nie jesteś, tylko jest pani, jak już cię moje tytuły interesują. Tak, jestem szlachetnie urodzona, jestem Singe d'Iles de Brumes. Na wasze... nie wiem jak u was wyglądają wszystkie tytuły, ale przetłumaczyć można jako Pani Wysp Brume.

- Wysp? - zdziwił się. - Zawsze myślałem, że kraina elfów jest jednym lądem, wprawdzie wyspą, ale...

Parsknęła.

- Nie, nie, nie, to przez wulkany - wyjaśniła zapominając o urazie. - Widzisz, Bruno, kraina elfów jest całym archipelagiem malutkich wysepek. Każda ma swojego zarządcę, którego rodzina pilnuje, by dana wyspa miała zapewnione bezpieczeństwo. Z reguły zarządcą jest mag, który wyczuwa pływy lawy - zaczęła wywód wymachując nacią jakby wyrysowywała w powietrzu kształty. - Słyszałam, że wy ludzie łączycie lawę z pierwiastkiem ognia, ale to błąd. To tak, jakby powiedzieć, że gejzer to czyste powietrze...

- Gejzer?

- To bardzo gorąca woda wyrzucana wysoko w powietrze w strumieniu z dziury w ziemi.

- Wiem co to - obruszył się. - Czytałem o gejzerach. W górach, w które planuje ruszyć markiz, znajduje się ich trzy.

- O, proszę - ucieszyła się. - To rozumiem, co tam robi smok - spojrzała na niego śmiesznie przekrzywiając głowę, jakby dziwiła się, czemu on nie nadąża za jej tokiem myślenia.

- No dobrze, wyspą zarządza mag - nawrócił ją na rozmowę zaintrygowany obcą kulturą. - Dzięki temu ostrzega przed wybuchem wulkanu, prawda?

- Tak! - ucieszyła się. - Bezpośrednim jego zwierzchnikiem jest gras, który sprawuje władzę nad grupką wysp w danym regionie. Nie może być magiem, gdyż magowie z reguły za bardzo skupiają się na aspekcie wody zapominając o innych sprawach. Z wszystkich gras tworzy się avis, który ma jedną trzecią głosów w rang. Jedna trzecia przysługuje Le Roi, a pozostała jedna trzecia specjalnej radzie magów.

- I to są te informacje, o których nie powinienem usłyszeć? - zapytał analizując ustrój państwowy. Nazwy i tytuły nic mu nie mówiły, ale sam podział władzy i struktura wydawała się zbliżona do panującej w Imperium.

Mio zaśmiała się wstając.

- Do elfich sekretów nie mam dostępu dopóki nie otrzymam odpowiedniego stopnia wtajemniczenia - powiedziała pakując swoje rzeczy. - A to wszystko opowie ci każdy elf, którego spytasz.

- O ile jakiegoś jeszcze spotkam - odparł również szykując się do dalszej drogi. - Czyli ty jesteś... a raczej będziesz tym całym grasem, tak? - dopytał. - Jak wrócisz z podróży.

- Nie - zaśmiała się głośno, co całkiem zbiło go z tropu. - Mój tytuł jest... bardziej zwyczajowy, gdyż to mój brat rządzi. Tak jak u was jest... Kupcy mi opowiadali... taki markiz Hubert, powiedzmy, rządzi w Grasse, a jego siostra nie, ale tytuł ciągle posiada, prawda?

- Nie wiem, czy markiz ma siostrę, ale rozumiem - przyznał. - Ale u nas szlachta nie podróżuje bez straży - dodał. - A tym bardziej nikt by nie puścił samej takiej, powiedzmy, siostry markiza.

Elfka zamyśliła się, po czym podbiegła trochę do przodu łapiąc leżący patyk na drodze. Odwróciła się i stanęła przed nim. Przytknęła mu patyk do ramienia wymuszając, by się zatrzymał. Patrzył na nią z uniesioną prawą brwią. Co znowu ten cudak wymyślił?

- Tak więc, drogi Bruno - zaczęła poważnym tonem, ale widział, że oczy jej się śmieją. - Pasuję cię na mojego rycerza.

- Co? - wykrztusił zdumiony.

- Cicho, sam mówiłeś, że można cię nająć - powiedziała wesoło. - Proponuję ci pracę, z uczciwą zapłatą, dwa razy tyle ile normalnie dostawałeś - widząc, że się waha dodała. - Póki co, do czasu, gdy poznamy smoka. Potem, jeśli zechcesz, możemy się rozstać.

- No, dobrze - zgodził się próbując rozgryźć pokrętną logikę elfki. Tak czy siak podróżowali od teraz razem, bo oboje chcieli spotkać smoka. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że dodatkowo dostanie za to zapłatę.

Rozdział 1

5 komentarzy:

  1. Ciekawy rozdział odsłaniający nieco Elfie zwyczaje a i o samych bohaterach można się sporo dowiedzieć :)
    Średnio mi pasuje ta metalowa rękawica w opisie walki, zupełnie nie wiem skąd miał by wytrzasnąć w środku lasu kawałek zbroi płytowej.

    Poza tym czytało mi się świetnie i czekam na dalsze części!

    OdpowiedzUsuń
  2. Faktycznie, rękawica miała być ćwiekowana - już poprawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Też czekam :) I na kolejne obalanie mitów o elfach :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Będzie jakieś wydanie specjalne na Boże ciało ?

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajnie się czyta, interesująca historia i wizja świata. W wolnych chwilach dalej będe zaglądał :P

    OdpowiedzUsuń