niedziela, 10 czerwca 2012

Rozdział 3 "Niech płonie"

Przez kilka kolejnych dni podróżowali bez żadnych przygód. Elfka przestała zamęczać Bruna dziwnymi pytaniami, jakby jej ciekawość została w całości zaspokojona.

Szóstego, albo siódmego dnia późnym popołudniem, gdy purpurowe słońce rozświetlało trakt, a lekki wiatr poruszał liśćmi, dotarli do karczmy "Złote Jadło". Wielki, drewniany szyld powitał ich kilkadziesiąt kroków przed samą gospodą. Była to mała chatka przy drodze, z rozbudowanym, okrągłym podjazdem wysypanym małymi kamykami. Na środku stała nowa studnia przyozdobiona rosnącymi naokoło kwiatami. Okazalszą od samej karczmy okazała się schowana głębiej w lesie stajnia z przygotowanym miejscem na wozy. Stała tam cała karawana rozsiodłująca konie.


- A pudzież ty! - jeden z pachołków machnął ręką na ujadającego psa, który próbował podgryzać zwierzęta po pęcinach, co wywołało tylko kwiki podenerwowanych kopytnych.

- Głupi kundel - podsumował Bruno, gdy mijali zastaną scenę. - Dostanie kopa i będzie po psie...

- Panie, on już ile razy pod konia wlazł! - wtrącił jakiś inny mężczyzna próbując złapać psa. - A potem jeszcze bardziej te konie gryzie.

Mio przystanęła z zainteresowaniem przyglądając się zajściu. Bruno wzruszył ramionami i wszedł do głównego budynku karczmy.

W progu uderzył go zapach przepoconych podróżnych, którzy kłębili się we wnętrzu malutkiej salki głównej. Drewniane stoliki poustawiane były jeden przy drugim. Na środku stała wielka kolumna podtrzymująca powałę. Obito ją słomą i przyozdobiono suszonym ziołami. Drewniane okiennice były szczelnie zamknięte, a dodatkową duszność wywoływały porozstawiane w newralgicznych punktach prowizoryczne, wykonane z zepsutych przyrządów gospodarstwa domowego, świeczniki. Najbardziej osobliwym widokiem była stojąca nieopodal słomianej kolumny wyszczerbiona kosa z zatkniętym na ostrzu glinianym kubkiem z łuczywem. Po przeciwnej stronie sali, pod ścianą stała rozchybotana drabina prowadząca na górę, gdzie zapewne znajdowały się pokoje gościnne.

Przez chwilę zastanawiał się jak upojeni wieczorem goście po niej wchodzą, ale z zamyślenia wytrąciła go pyzata, ruda kelnerka z szeroką tacą poustawianych kufli z piwem.

- Tak, napić się - powiedział do siebie szukając wolnego stolika. W najodleglejszym zakamarku stała odwrócona drewniana beczka z ustawioną pod ścianą wąską ławą. - Mio, znalazłem miejsce, chodź - odwrócił uwagę długouchej od zwierząt.

Lawirowali między pijącymi i jedzącymi, by dostać się do "stolika". Chwilę później siedzieli na krzywej ławie próbując jej nie wywrócić.

- Chyba nikt tu nas nie obsłuży - słusznie zauważyła elfka. - Kelnerki nawet nie widzą, że tu jest stolik... Idę coś zamówić.

Podniosła się nagle, a Bruno kurczowo przytrzymał beczki, by nie wywrócić się z ławą, która nie była zbita ani jednym gwoździem. Wstał ostrożnie.

- Siedź - powiedział. - Ja zamówię i przyniosę. Tylko co chcesz zjeść?

- Gotowane warzywa - powiedziała. - I zaparzonych ziół do popicia.

Chciał skomentować, ale zrezygnował widząc wyczekujące spojrzenie elfki. Poszedł w stronę przyozdobionego glinianymi garnkami kontuaru, gdzie krzątał się karczmarz przecierając kubki utytłaną w tłuszczu ściereczką.

- Dobry wieczór - przywitał się ze szczerym uśmiechem. - Co podać?

- Dobry wieczór - odpowiedział machinalnie Bruno. - Na sam początek dwa kufle tego złotego cuda, które noszą kelnerki.

- Nasza robota - pochwalił się karczmarz. - Wszyscy biorą po beczce na wynos. Jaśnie pan też powinien zamówić, bo rano może nie starczyć.

- Spróbuję - podsumował. - I potem się odezwę.

- Jaśnie pana strata - wzruszył ramionami. - Coś jeszcze?

- Jakieś pieczyste jeszcze się znajdzie?

- Gęś w rozmarynie z sosem chrzanowym - podsunął mężczyzna odkładając kolejny kubek. - I pieczone ziemniaczki do tego.

- Wybornie - uśmiechnął się szeroko Bruno, suszone, odgrzewane mięso wieprzowe mu się znudziło, a kilka poprzednich karczm miała bardzo ubogie zapasy. - Ach, no i jeszcze, gotowane warzywa dla mojej towarzyszki. I... zaparzone zioła?

- Ma się rozumieć herbatka, tak? - mina karczmarza od początku rozmowy się nie zmieniła. - Mamy suszoną różę, konie ją uwielbiają, ale herbatka z niej równie wyborna.

- Tak - przytaknął, rzeczywiście, konie uwielbiały owoce dzikiej róży. Najprostszym sposobem zjednania sobie świeżo zajeżdżanego wierzchowca było nosić w kieszeni kilka sztuk tego przysmaku. - Duży ruch dzisiaj macie.

- Zawsze tak jest - wzruszył ramionami karczmarz. - Karawany wykupują całe zapasy naszego piwa.

- Właśnie - przypomniał sobie o jeszcze jednym drobiazgu. - Czy da radę u was dziś przenocować, czy wszystkie pokoje zajęte.

- My tu... W sumie noclegów nie prowadzimy - przyznał. - Pokoje na górze są dla znamienitych gości, a kupcy sypiają w swoich wozach. Większość podróżnych sypia nieodpłatnie na słomie w stajni. Zamówienie doniesie któraś z moich córek za niedługo.

Skinął i wrócił do czekającej elfki. Przyglądała się wyczekująco.

- Zaraz przyniosą jedzenie - powiedział przysiadając ostrożnie na ławie. - A pokoje do wynajęcia są tylko dla szlachty.

Spojrzała na niego śmiesznie przekrzywiając głowę.


- I? - zapytała zdziwiona. - Jeszcze w życiu nie spałam w stajni. Chciałabym spróbować...


- Nie wiem, Pani Brume czy to wypada...

- Wysp Brume - poprawiła, ale widać było, że nie zwraca większej uwagi na niego bardziej zajęta oglądaniem wystroju karczmy. - No dobrze, nie wiem jak to u was jest. Mówiłeś, że szlachetnie urodzeni powinni podróżować z... obstawą. Najęłam cię, więc chyba wszystko jest w porządku. Nie rozumiem czemu spanie w stajni jest czymś gorszym od spania przy trakcie.

Zastanowił się.

- Po pierwsze, szlachetnie urodzony podróżuje karawaną - zaczął tłumaczyć. - Z pełną obstawą swojej służby, a nie z jednym ochroniarzem.

- Dalej nie rozumiem. Czym różni się spanie w namiocie od słomy w stajni? - zapytała wodząc dłonią po wierzchu beczki. Wydawało mu się, że pomiędzy sękami zbierają się kropelki wody.

- Jakby to powiedzieć... Szlachta w Imperium uważa, że spędzanie nocy w miejscach takich jak stajnia czy karczemna sala wspólna nie przystoi szlachetnie urodzonym i odpowiada tylko pospólstwu.

- Nie uważam, żeby trudy podróży były czymś hańbiącym - stwierdziła oburzonym tonem. - Tak, pasuje mi. Więc, mój rycerzu, twoja pani pragnie spędzić dzisiejszą noc w stajni - puściła mu oko.

- Na pewno nie wolisz pokoju? - zdziwił się.

Niestety nie usłyszał krótkiego odpowiedzi elfki, gdyż raban spowodowany przez obłapywaną przez pijaków kelnerkę niosącą ich zamówienie całkiem zagłuszył inne dźwięki. Biedna dziewczyna cudem doskoczyła do ich stolika Stawiając na beczce tacę z jedzeniem i piwem.

- Po dodatkowe zamówienia zgłosimy się do karczmarza i sami je odbierzemy - jego słowa wywołały wyraz ulgi na twarzy rudzielca. - Dziękujemy.

Nie obciążona niczym, skąpo ubrana dziewczyna zwinnie niczym łania przemknęła między stolikami i zniknęła za kontuarem.

Zwrócił w końcu uwagę na wyborną pieczeń, która zajmowała prawie całą tacę. Elfka przyglądała się jej wyraźnie skrzywiona.

- Twoje warzywa - podał jej drugą, mniejszą tacę z pokrojonymi jarzynami oprószonymi suszonymi ziołami. - I herbatka z dzikiej róży.

- O! Skąd wiedziałeś, że to moja ulubiona? - ucieszyła się jak mała dziewczynka i łapczywie rzuciła na jedzenie.

Sam również wgryzł się w świeże, chrupiące mięso, którego smak wybornie podkreślał lekko goryczkowy rozmaryn. Ostry sos chrzanowy przyjemnie szczypał w nos. By się poratować zagryzł się w pieczone ziemniaczki, o ciemnobrązowej, chrupkiej skórce i miękkim, jeszcze parującym wnętrzu.

Po skończonym posiłku sięgnął po złocisty napój w idealnie doczyszczonym kuflu. Karczma "Złote Jadło" naprawdę szczyciła się swoim wyrobem. Powąchał, zapowiadało się przednie i upił dwa małe łyczki. Trunek spłynął po gardle z mieszaniną karmelu i goryczki, mimo że był zimny rozgrzewał.

- Nie napijesz się ze mną? - wskazał elfce drugi kufel.

- Oj nie - wzbraniała się, choć zauważył, że bacznie i tęsknie obserwuje jak on sam raczy się napojem. - To nie byłby dobry pomysł...

- Czemu? Jeden kufel dla zdrowia nikomu jeszcze nie zaszkodził. Zresztą, nie musisz wypijać całego.

- Bo... - zaczęła, ale oczy dziwnie jej błyszczały. - A z resztą. Tylko łyczek.

Uśmiechnął się pod nosem, gdy blondynka złapała za kufel i upiła łyk, a potem drugi, trzeci. Gdy odstawiła go na beczkę, był do połowy pusty. A elfka przyłożyła dłoń do ust wytrzeszczając oczy.

- Ojej - pisnęła śmiesznie. - Miałam nie pić, bo...

- Piwo dobrze gasi pragnienie - podsumował dyplomatycznie ledwo kryjąc uśmiech. - Po długiej podróży trzeba się napić.

Machnęła drugą ręką. Zauważył, że na jej policzkach pojawił się rumieniec.

- Ale ja... - powiedziała. - Ja się za łatwo upijam...

- Trzeba było nie wypijać pół kufla na raz - podsumował ze stoickim spokojem sącząc wyborny napój. Żałował, że podróżowali pieszo, bo naprawdę zabrałby z dwie beczki na drogę.

- Prawda - Mio zaśmiała się szczerze. - A jutro będę chorować, trudno - upiła tym razem mały łyczek. - Twoje zdrowie, Bruno, zmusiłeś mnie do zmiany postanowień. Oby obojgu nam się za to nie oberwało.

- Jak to? - zapytał ostrożnie trzymając kufel blisko siebie.

- Napatrzyłam się - zaczęła rozsiadając się na ławie opierając nieznacznie na nim. - Jak się ludzie po pijaku zachowują, a nigdy nie spotkałam pijanego elfa. A jeśli jeszcze gorzej rozrabiamy? - złapała go wolną ręką za ramię przysuwając się do jego twarzy. - Może dlatego tak się u nas pilnuje, by nie pić?

- Macie prohibicję? - zdziwił się szczerze. Paręnaście lat temu Imperium próbowało wprowadzić całkowitą abstynencję, ale nie sprawdziło się to z dwóch powodów. Zwiększyła się ilość zatruć wśród chłopów i robotników. A poza tym, zmniejszyła się efektywność bojowa wojska. Żołnierze potrzebowali czynnika zagrzewającego do walki.

- Nie - widział, że próbuje zrozumieć słowo. - Wolno wypić, ale trzeba wiedzieć kiedy przestać. Musisz działać w zgodzie ze swoimi pływami. Elfki zwłaszcza. Przy nowiu w ogóle nie powinny dotykać alkoholu.

- Z jakimi pływami? - przerwał jej.

- No, pływami wód, pod wpływem księżyca - znowu tłumaczyła jakby to było coś oczywistego. Do tego głupawy uśmiech spowodowany trunkiem nie ułatwiał przekazu. - Jak księżyc rośnie robisz się silniejszy, bardziej odporny. Jak maleje jest odwrotnie. Nie masz tak?

Zastanowił się. Po czym potrząsnął głową.

- Nigdy nawet o tym nie pomyślałem - przyznał. - Czemu tak miałoby być?

- To przez wodę w tobie - zaczęła wyjaśniać. - Jak przypływ i odpływ zależy od księżyca. Przyjrzyj się i porównaj swoją siłę do jego blasku na niebie. Zdziwisz się.

Parsknął.

- Jasne - powiedział nie dowierzając. - Że coś działa na elfy to nie znaczy, że działa na ludzi.

- Phi - tupnęła nogą odsuwając się elfka. - Woda to woda, nieważne czy jest w człowieku, elfie czy nawet dzikim zwierzęciu. Chcę jeszcze jedno piwo.

Chciał skomentować, że dopiero co zarzekała się, że nie powinna pić, ale jej naburmuszona mina z rozległym rumieńcem ucięła komentarz wywołując u niego głupawy uśmiech.

- Zaraz, cudaku - powiedział wstając ostrożnie, by nie przewrócić ławy.

Poszedł między coraz bardziej pijanymi gośćmi do lady, by zamówić kolejne piwo. Było wyborne, musiał przyznać.

- Karczmarzu - zawołał w stronę zaplecza. - Dwa piwa poproszę, ale jedno w mniejszym kuflu.

- Już podaję - odkrzyknął karczmarz i za chwilę Bruno wracał do stolika z dwoma kuflami. Liczył, że elfka nie zauważy, że dostaje mniejszą porcję.

Kolejnej ledwie przespanej nocy nie chciał przeżywać z powodu nałogów uszatej. Czy też nadmiernej ciekawości. Jedno licho. Miał dość jej dziwacznych ekscesów, choć na szczęście ostatnie kilka dni była wyjątkowo spokojna.

Zauważył, że do ich beczki naokoło Mio dosiadło się kilku bardzo mocno wstawionych jegomościów, gdyż każdy ledwo utrzymywał się na stołku, który przysunął do stolika. Dziewczyna wyglądała na wyjątkowo nieszczęśliwą nagłym nadmiernym zainteresowaniem ze strony otoczenia.

- Gwiazdeczko - ślinił się jeden podpierając na kuflu. - Ale czemu ty masz takie duże uszy?

- Ja tak mam od urodzenia - próbowała wytłumaczyć z zakłopotaniem i zachować odległość od pijaków. - Przepraszam, ale naokoło jest tyle wolnego miejsca.

- Skowroneczku - słodził kolejny. - A czemu ty masz takie duże oczy?

- To bardzo niegrzeczne tak się spoufalać - bąknęła rozglądając się rozbieganym wzrokiem. - Ani panowie się nie przedstawili, ani nic nie postawili... Wstyd.

- Te, mała - zarechotał trzeci. - A czemu ty masz takie wielkie cy...

- No bez przesady! - wstała oburzona niechcący wywalając ławę. - Nie jestem gruba!

- Panowie się pani narzucają? - zapytał Bruno ostentacyjnie stawiając dwa kufle na beczce i nachylając się nad nią, że wszyscy siedzący wydali się dużo mniejsi od niego.

- No nie bądź żyła - klepnął go w plecy któryś z pijaczków serdecznie.

Niestety, kolejny wyuczony odruch, który Bruno wyklinał w takich momentach, posłał delikwenta w stronę stolików z tyłu. Przetoczył się po nich lądując głucho na podłodze. Jego towarzysze spojrzeli po sobie na chwilę trzeźwiejąc, jednak, mamrotanie zza stolika wywołało reakcję. Jeden wywrócił beczkę wylewając piwo, drugi z przygłupawym uśmiechem złapał za krzesło i zamachnął się na Bruna. Biesiadnicy przy stoliku, który wywrócono zerwali się szukając zwady, gdy stłuczono ich kufle. Pijany próbował podnieść się z podłogi i wywrócił stojącą na środku kosę na słomiany słup. Wysuszone rośliny momentalnie zajęły się ogniem. Podchwytując okazję do bójki, kilku podchmielonych poderwało się od swoich stolików łapiąc co pod ręką i atakując pierwszego z brzegu. Chwilę później w karczmie rozgorzała chaotyczna wymiana ciosów i wyzwisk. Bruno uchylił się przed lecącym w jego stronę bezładnie drewnianym stołkiem, a drugiego napastnika posłał na łopatki sprawnym uderzeniem między oczy. Poczuł dość mocne uderzenie czegoś metalowego w plecy, oraz to, że jego ubranie zrobiło się zimne. Zaklął, brakowało mu tylko plam od piwa do kompletu. Ogień szybko sięgnął powały rozprzestrzeniając się po suszonych ziołach.

- Pożar! - krzyknął ktoś wywołując salwę śmiechu wśród towarzyszy. - Nie, naprawdę!

Ciosy na oślep i na odlew, krzyki, śmiech i gryzący dym wypełniły salę karczemną. Bruno złapał zdezorientowaną elfkę i omijając walczących teraz między sobą pijanych sięgnął po rzeczy rzucone w kąt. Uchylił się tym razem przed kolejnym, lecącym kubkiem, przeszedł nad leżącym pijakiem, który już szykował się, by go ugryźć w kostkę. Elfka pisnęła wystraszona podskakując śmiesznie, gdy ktoś złapał ją za łydkę. Kolejnego, który z rozpędu próbował ją złapać za pośladki, kopnęła okutym obcasem w piszczel. Ominęli dwóch mocujących się przy ladzie osiłków i wybiegli na zewnątrz.

- Pożar! - Bruno krzyknął w stronę stajni, gdzie układali się pachołkowie.

- Stój! - szarpała się elfka. - Trzeba pomóc!

Gdy skończyła sapiąc, z budynku głównego wypadła zgraja chaotycznie szamoczących się ludzi. Każdy rozbiegał się w swoją stronę. Kilkoro trzeźwiejszych, albo bardziej pijanych, łapało za wiadra i leciało do studni. Elfka zaczęła gorączkowo grzebać w swojej torbie, ale najwyraźniej naprawdę za dużo wypiła, bo tylko wysypała jakiś biały proszek i kilka grzybów.

- Nie potrzeba wody, niech płonie! - krzyczał biegając rozradowany karczmarz. - Pan obiecał większą postawić, z piwniczką i destylarnią. Niech płonie. Ale stajnie ratujcie!

Dopiero teraz Bruno zauważył, że ziemia naokoło karczmy jest dziwnie jałowa, jakby ktoś celowo wypalał trawę. A poza murowanym murkiem, od lasu polanę oddziela sporej szerokości rów z piachem. Jakby ktoś już kiedyś próbował wywołać pożar. Z drugiej strony, kto ustawia świeczniki przy słomianych kolumnach?

- Jak chcesz im pomóc? - zapytał zrezygnowany. Dopomógł przypadkiem nieuczciwemu karczmarzowi.

- Nie wiem! - krzyknęła rezolutnie elfka, a z jej rąk wypadła garść suszonych ziół. - Ale jakoś!

- Chodź, cudaku - westchnął ciągnąc ją za ramię w las. - Znowu trzeba będzie spać w lesie.

Odeszli już spory kawałek od płonącej karczmy. Krzyki i hałas ucichły a jedynym źródłem światła na trakcie były gwiazdy na niebie, gdy dogonił ich jeden z wozów. Woźnica zatrzymał się przy nich.

- Mogę was podrzucić do najbliższej wioski - zaoferował. - Gdybyś, panie, wtedy nie krzyknął, nie zdążyłbym uratować dobytku przed tymi hienami. Porozkradali połowę towarów i pouciekali w las.

Bruno strapił się, słysząc tak przykre wiadomości, ale Mio już siedziała na koźle rozmawiając z mężczyzną.

- Dziękuję panu bardzo - powiedziała szczerze. - Po nocy trochę straszno wędrować w ciemnym lesie. Bruno, wsiadasz?

Westchnął i wskoczył na wóz. Ruszyli powoli, dwie pochodnie oświetlały las naokoło. Koń stukał kopytami o utwardzony grunt sennie, nie przyzwyczajony pewnie do nocnej pracy.

Rozdział 2

8 komentarzy:

  1. Robi się co raz ciekawiej, chwytliwe opisy. Nie mniej, szczerze, czekam na jakąś poważną akcję, a nie rozbuchanych biesiadników :D A ta dwójka kogoś mi przypomina...

    OdpowiedzUsuń
  2. No no, rozkręca się :D strach pomyśleć, co będzie w następnym rozdziale - może "Jak rozpętałam wojnę światową" albo coś O.o
    "Nie potrzeba wody, niech płonie" mnie rozwaliło :D

    OdpowiedzUsuń
  3. "We don't need no water let the ... burn"

    Przy opisywaniu kolacji musiałaś być naprawdę głodna :P Czyta się coraz fajniej ale tak jak SzFagier czekam na akcje! Mało tego mordobicia jak na razie :) Pościgi, wybuchy, szaleńczy rajd furmanką po szutrowych zakrętach w lesie! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. W takim razie wyczekujcie niedzieli ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nic nie wiadomo. Wersja "-Zbigniew. Brawurowa jazda samochodem Cinquecento." w wykonaniu Bruna... Off road, drift... W świecie fantasy... CZEKAM :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Nic nie wiadomo. Wykonanie "-Zbigniew. Brawurowa jazda samochodem Cinquecento." w wersji Bruna może być ciekawe. Offroad, drift w świecie fantasy... CZEKAM :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozkręcasz się :) I opisy i język bardzo fajne :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Podoba mi się twój styl pisania, jest taki lekki i zabawny. Widać, że trochę nad nim pracowałaś i to już dojrzałe pisanie. Pozostaje mi dodać, że czekam na więcej.

    Tomasz

    OdpowiedzUsuń