niedziela, 17 czerwca 2012

Rozdział 4 "Mgły Brume" część 1

- A wy długo w podróży, panie? - zagadał woźnica, godzinę później. Droga robiła się coraz węższa i kręta. Prowadziła raz w górę, raz w dół. Gwiazdy słabo rozświetlały trakt.

Śpiąca elfka leżała między workami z towarem owinięta kocem.

- Trochę - odpowiedział nie koncentrując się na rozmówcy. - Ile dni drogi do wioski?

- W tym tempie - zasnanowił się - pod wieczór dojedziemy. I dobrze, bo to paskudna okolica.


Bruno rozejrzał się. Słabe promienie księżyca rozjaśniały czerń nocy, nadając drzewom i drodze niesamowitych cieni. Leśne ptactwo hałasowało w najlepsze polując. Było spokojnie, sielankowo.

- Zbóje? - dopytał wojownik.

- Gdzie tam - machnął ręką woźnica. - Od Złotego Jadła do Prztykowa żadnych bandytów nie ma. Zbyt się boją.

Rzucił wystraszone spojrzenie, jakby powiedział za dużo. Elfka mimo wstrząsów, czy hałasów, dalej się nie obudziła.

- A czego tutaj się boją bandyci? - zapytał mimochodem Bruno obserwując woźnicę.

Tamten nachylił się konspiracyjnie.

- Tu w lesie - zaczął wskazując głową na prawą stronę. - Jest stare cmentarzysko. Ponoć przeklęte, bo pochowano tam szalonego maga. Jego ciała nie dało się spalić, mimo że zajęli się tym inkwizytorzy. A olbrzymi klejnot, który miał zawieszony na szyi na stałe przyrósł do skóry. Kiedyś była tu w lasach jedna banda. Szlachetne chłopaki, zabierali bogatym, a oddawali biednym z wioski i pomniejszym kupcom. Bo jak tu radzić sobie z tymi bogaczami, panie! - oburzył się. - No, ale… Ich herszt ponoć zakochał się w córce Pana i postanowił podarować jej klejnot maga.

- Jakie to urocze - wtrąciła podpierając się na łokciach elfka wyglądając spod koca. - I co dalej? Pobrali się?

- A gdzieżby, panienko! - zakrzyknął, po czym natychmiast wrócił do konspiracyjnego szeptu. - Cała banda wyruszyła na cmentarzysko i słuch po nich zaginął. Ponoć to przeklęty klejnot maga wchłonął ich dusze.

Elfka wepchnęła się na kozioł siadając z prawej strony Bruna, prawie na krawędzi.

- A gdzie to dokładnie było? - dopytywała z wyraźnym zainteresowaniem.

- W tym lesie - głos mężczyzny nikł wśród leśnych odgłosów. - Ale panienka nie daje się zwieźć. Tylko o północy można tam trafić, ale wtedy się już nie wróci.

Bruno zauważył dziwny, triumfalny uśmiech na twarzy elfki. Wyglądała, jakby już zdobyła drogocenny kamień i przyglądała mu się uważnie.

Westchnął. Kolejny głupi pomysł nierozsądnego cudaka.

Nagle ospały zwierzak ciągnący wóz zaczął parskać nerwowo i rzucać wystraszone spojrzenia naokoło. Nim woźnica zdążył się zorientować, przestraszone zwierzę puściło się galopem. Wóz podskakiwał, kilka toreb i worków wypadło.

- PRRR! - ciągnął lejce mężczyzna. - Głupia kobyło, prrrr!!

Bruno trzymał się kurczowo oparcia, żeby nie spaść. Przestraszony koń zarzucał głową, by zwalczyć ciągnące lejce i zrzucić krępujące chomąto. Cały wóz podskoczył podbity na dużym kamieniu. Wtedy wojownik usłyszał krótki krzyk. Zerknął w momencie, gdy elfka zniknęła w zaroślach. Sprawnym ruchem zabrał woźnicy lejce. Krótkie naprzemienne szarpnięcia po kilkunastu metrach zatrzymały konia. Skóra na zadzie zwierzęta błyszczała od potu.

- Poczekaj tu - rzucił krótko w stronę równie zdenerwowanego mężczyzny i zeskoczył z wozu. Przebiegł pięćdziesiąt, może sto, metrów, gdy zorientował się, że wokół niego jest szaro od mgły. - Mio, nic ci nie jest?

Po jego lewej odpowiedziało głuche stęknięcie. Podszedł tam. Dziewczyna siedziała przy trakcie i rozcierała obolałą kostkę. Zerknęła na niego wystraszona.

- To boli - powiedziała słabym głosem. Mimo że było ciemno, był pewien, że elfka jest blada jak ściana.

Przyklęknął przy niej.

- Pokaż - powiedział miękko. Ostrożnie dotknął prawej kostki, elfka pisnęła. - Spróbuj poruszyć stopą.

- Boli - powtórzyła przez łzy dziewczyna. - Zrób, żeby przestało! - rozkazała.

Miał ochotę parsknąć, ale się powstrzymał. Kostka nie wyglądała na złamaną czy skręconą, najwyraźniej długouchej nigdy nie przytrafiła się żadna kontuzja i teraz panikowała. Zupełnie jak rekruci. Delikatnie rozmasował obolałą nogę. Podniósł się i pomógł dziewczynie wstać.

- Chodźmy, Mio, bo woźnica nas tu zostawi i odjedzie z naszymi rzeczami - rozejrzał się. Gęsta mgła rozlała się po całej okolicy. Nie był w stanie stwierdzić gdzie jest trakt, ani w którą stronę powinni iść. Mimo że jeszcze chwilę temu pamiętał, z którego kierunku przyszedł.

- Boli - jęczała jak mała dziewczynka, gdy zaczęli iść przed siebie. - Nie mogę iść…

Westchnął przystając.

- Mio - zaczął cierpliwie - nic ci nie jest. Miałaś bardzo dużo szczęścia, a boli, bo trochę się poobijałaś. Zaciśnij zęby i idziemy, jeszcze parę metrów i wsiądziemy na wóz.

Poczuł, że coś go parzy w kark. Dotknął skóry wolnął dłonią, jednak jedyne co poczuł, to wilgotne, zimne powietrze. Zerknął przez ramię. Pusto. Kątem oka zauważył przed sobą sylwetkę. Gwałtownie odwrócił głowę. Pusto.

- Co się stało? - zapytała zainteresowana Mio, najwyraźniej zapomniała o bólu. - Skąd tu taka mgła? Nic nie widzę.

- Cii - uciszył elfkę i siegnął po miecz puszczając ją. Była zbyt zaaferowana, żeby zaprotestować.

Naokoło nich było nienaturalnie cicho. Lepka mgła zaburzała widoczność i męczyła wzrok. Czuł, że od ciężkiego powietrza jest cały mokry. Elfka złapała go za ramię zmuszając by się odwrócił w jej stronę. Metr, albo dwa metry od niej stała jakaś sylwetka.

- Co to jest? - zapytała drżącym głosem.

W tym momencie sylwetka skoczyła. Znowu poddając się całkowicie wyuczonym odruchom, Bruno zaatakował przeciwnika. Jego miecz zderzył się z grubymi szponami człekoształtnego stwora, który wyszczerzył zniekształcony, wydłużony pysk warcząc gardłowo. Ostrze musnęło lekko sierść na łapie napastnika. Potwór zawył z bólu i odskoczył wycofując się w mgłę.

- Trzymaj się blisko mnie, ale jak krzyknę "padnij" to masz leżeć - polecił do przerażonej dziewczyny, która była zupełnie zagubiona w nowej sytuacji.

Mężczyzna skupił wzrok, niestety gęsta mgła wywoływała łzawienie oczu. Poza urywanymi oddechami wystraszonej elfki nie słyszał nic. Skoncentrował się. Coś, poza jego własnym, powolnym oddechem i dźwiękami wydawanymi przez elfkę. Bardzo cicho. Niski warkot kilka, albo kilkanaście, metrów po lewej. Drugi, gdzieś przed nimi. Trzeci, z tyłu. Zaczęły się przemieszczać, lekki szelest wśród runa leśnego. Zerknął na Mio, dziewczyna rzucała przerażone spojrzenia naokoło i był pewien, że gdyby nie noga, uciekłaby na ślepo z krzykiem. Oby tylko tego nie zrobiła.

Ukryte we mgle stwory okrążały ich, ale nie próbowały się zbliżyć. Albo na coś czekały, albo się bały. Bruno szybko skalkulował konsekwencje obydwu przypadków. Tak czy siak, powinni zacząć działać. Teraz.

- Mio - szepnął do dziewczyny, ta zadrżała, ale, na szczęście, nie krzyknęła. - Trzymaj się mnie, idziemy.

Spojrzała na niego oszołomiona, ale przytaknęła. Wziął ją pod ramię i powoli zaczęli przemieszczać się w prawo, skąd nie słyszał żadnego dźwięku.

Po paru metrach warkot był głośniejszy, potwory zbliżyły się znacznie. Zastanawiał się czemu jeszcze nie zaatakowały. Nie zranił poprzedniego stwora na tyle, by pozostałe bały się podejść. Elfka zatrzymała się nagle.

- Mio, idziemy - polecił powoli, ale pewnie. Zwierzętom nie wolno okazywać strachu, a póki co stwory zachowywały się jak stado drapieżników, niepewnych przeciwnika.

- Nie mogę - odparła łamiącym się głosem.

- Zaciśnij zęby, idziemy - warknął trochę ostrzej, ciągle nasłuchiwał stworów. Nie zbliżyły się. Szarpnął zmuszając dziewczynę do kroku.

- Nie! - krzyknęła przerażona. - Nie! Boli!

Złapała się za głowę i przypadła na ziemię. W tym samym momencie wszystkie trzy stwory wydały z siebie przeciągły skowyt i rzuciły się na nich. Bruno ledwo zdążył się odwrócić, gdy musiał sparować szpony pierwszego z nich. Stwór zawył z bólu. Drugi z owłosionych potworów ugryzł go w łydkę. Nie dość mocno. Szczęka ześlizgnęła mu się po cholewie buta. Wojownik odepchnął pierwszego z napastników. Mimo sporych rozmiarów, stwory nie były silne. Krótkim cięciem zaatakował tego pod nogami. Ostrze gładko weszło w odsłoniętą nasadę głowy. Skóra wokół miecza zaczęła się jątrzyć, jakby rana miała kilka dni. Bruno wyciągnął miecz i zaatakował kolejnego. Jednak potwór ze skomleniem szczeniaka wycofał się i zniknął we mgle.

- Mio, w porządku? - zapytał zwracając się do elfki, która ciągle klęczała na ziemi skulona. Na szczęście żaden ze stworów jej nie zaatakował.

Spojrzała na niego. Wstała w milczeniu.

- Chodźmy stąd, póki nie przybiegną kolejne potwory - powiedział nagląco i wskazał czubkiem miecza na truchło pod stopami. - No co się tak patrzysz? Idziemy.

- Nigdzie nie pójdziecie - szaleńczy śmiech, który rozniósł się po lesie odwrócił na chwilę jego uwagę, a moment, w którym drobna elfka błyskawicznie doskoczyła do niego i zaatakowała go małym sztyletem, zaskoczył go, śmiertelnie.

Rozdział 3

6 komentarzy:

  1. Się rozkręca :) Czuję się trochę jakby historia była oparta na przygodach naszej drużyny :) Albo nie naszej, bo postacie nie pasuję. No i fabuła inna... Ale poza tym jak u nas ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie dlatego, że tak strasznie się zrobiło ;) no i "boli, zrób żeby przestało" też mi coś przypomina...

      Usuń
  2. Robi się coraz ciekawiej :D cliffhanger zawsze w cenie, ale dawaj szybko ciąg dalszy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. będę zła i okrutna, ale musicie poczekać do niedzieli ;)

      Usuń
  3. Nie ma takiego czekania! Wolne związki czytelników domagają się dalszej części :D !

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten rozdział, mimo że pod względem fabuły jest ciekawszy, językowo kuleje. Dziwny spadek formy, jeśli przyrównamy do poprzednich. Mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka, bo historia mnie wciągnęła.

    OdpowiedzUsuń