niedziela, 24 czerwca 2012

Rozdział 5 "Mgły Brume" część 2

Ostrze rozdarło mu tunikę z lewej strony, ale na szczęście nie dosięgnęło skóry. Dziewczyna rzuciła sztylet i chichocząc jak szaleniec wbiegła w mgłę i zniknęła mu z oczu. Przez chwilę słyszał jeszcze jak biegnie, a potem zrobiło się cicho. Schylił się, żeby wziąć leżące w trawie ostrze. Zwyczajny sztylet, taki jakich pełno u pierwszego lepszego kowala. Nie wiedział czemu go zdziwiło, że podróżująca samotnie elfka w ogóle posiada jakąkolwiek broń. Aż tak nierozsądna raczej nie była.


- Pomocy! - Mio krzyknęła z oddali. - Ratunku!

- Tak, najpierw mnie dźgasz, a teraz ratunku? - mruknął do siebie, ale zaczął iść dość szybko w tamtym kierunku. Wiele razy spotykał się z atakiem paniki w obliczu niebezpieczeństwa, ale rzadko wyglądało aż tak skrajnie. Z drugiej strony, jeszcze nigdy nie trafił mu się rekrut kobieta, a tym bardziej elfka. Oprócz krzyków dziewczyny nic więcej nie słyszał. Mgła też wydawała się trochę lżejsza. Gdy był pewien, że nie potknie się o jakiś korzeń, a krzyki zrobiły się niemal histeryczne, zaczął biec. Mimo dość szybkiego tempa głos ciągle dochodził z oddali.

- Głupi cudaku, gdzieś ty wlazła? - sapnął zmieniając kierunek.



Mgła rozwiała się prawie całkiem, gdy dobiegł na skraj małej polanki w środku lasu. Musiał się zatrzymać, żeby nie uderzyć w nisko zwisające gałęzie starych olch. Wysokie drzewa utworzyły mały zagajnik. Połamane gałęzie trzaskały mu pod stopami, gdy przeszedł przez ścianę zieleni. Przez szpary w listowiu prześwitywał mdły blask księżyca. Na samym środku, skąpany w bladej poświacie, stał mały, kamienny budynek. Cały porośnięty mchem.

Bruno przyjrzał mu się uważnie. Do wnętrza prowadziły duże, otwarte na oścież wrota.

- Boję się... - głos elfki, zniekształcony przez kamień, dochodził ze środka.

Mężczyzna rozejrzał się. Nigdzie nie dostrzegł żadnego ruchu. Czyżby udało mu się skutecznie przepłoszyć potwory? Możliwe, że atakowały tylko we mgle i uciekły, gdy ta się rozproszyła.

Ciągle trzymając miecz w pogotowiu ruszył do budynku. Gdy był dwa metry od wejścia, kątem oka zauważył leżące w trawie, zaniedbane płyty kamienne. Nerwowo przeżegnał się. Zwyczaj, który porzucił wraz z paroma innymi rzeczami w swoim życiu.

- Mio, jestem tu - zawołał do środka. - Wychodź! Już jest bezpiecznie.

Rozglądał się nerwowo naokoło krypty. Głupia elfka nie miała gdzie się schować.

- ...pomocy... - głos dziewczyny był słaby. Prawdopodobnie nadwyrężona noga dała o sobie znać po szaleńczym biegu.

Westchnął.

- Dobra, nie ruszaj się, idę po ciebie - oznajmił. Splunął przez lewe ramię i ostrożnie wszedł do środka.

Gdzie wbrew jego początkowym założeniom nie było wcale ciemno jak w trumnie. Wprawdzie było trochę ciemniej, niż przed wejściem, gdzie świecił księżyc, ale był wstanie rozróżnić kontury. Pomieszczenie, w którym się znalazł było krótkim korytarzem zakończonym szerokimi schodami prowadzącymi na dół. Kamienne ściany pokryte były dziwną substancją, która dawała bladoniebieską poświatę. Kiedyś o tym czytał. W niektórych miejscach rosły drobne grzyby, które świeciły w całkowitych ciemnościach. Ale nigdy nie spodziewał się, że będzie ich aż tak dużo. Z drugiej strony, aż prychnął od stęchłego, zgniłego powietrza. Wilgoć i ciemność. Czego taki grzyb mógłby chcieć jeszcze?

- ...boję się... - głos długouchej dochodził z dołu. Głupia, pewnie spadła ze schodów.

Ostrożnie stąpał po wilgotnych kamieniach. Ciężkie buty ślizgały się po powierzchni utrudniając chód. Wspierając się dłonią o porośniętą grzybem ścianę zszedł na niższy poziom. Znalazł się w obszernym korytarzu, na ścianie przed nim wyryte były wnęki, z których połyskiwały obrośnięte grzybem kości. Ponownie się przeżegnał, durna elfka wbiegła do jakichś przeklętych katakumb. Na tym poziomie rosło znacznie więcej grzybów, a zatęchłe powietrze było nie do zniesienia. Usłyszał ciche szlochanie gdzieś w oddali z prawej strony korytarza. Poszedł tam, im szybciej opuszczą to dziwne miejsce, tym lepiej. Doszedł do zakrętu, a płacz wcale nie zdawał się przybliżać. Na ścianie rosło znacznie mniej grzybów i musiał wytężać wzrok, by się nie potknąć o którąś z leżących na ziemi kości. Gdy usłyszał szczęk i chrupanie z tyłu, zza niego zrobiło się widniej. Odwrócił się trzymając miecz w pogotowiu. Z korytarza, który przeszedł zbliżały się do niego… Zamrugał, nie wierząc własnym oczom. Dzierżące miecze i drewniane tarcze cztery chodzące szkielety. Kości pokryte grzybem świeciły złowieszczo.

- Ktoś chyba sobie kpi - parsknął ponuro i zaatakował sprawnie pierwszego. Czaszka odpadła lądując na posadzce, a reszta kości opadła bezwiednie puszczając broń. Drugi zamachnął się na oślep, wystarczył prosty blok i kopniak w mostek, by się go pozbyć. Pozostałe dwa były formalnością.

Jakże niemile się zdziwił, gdy za zakrętem spotkał kolejne sześć…

- Głupia elfko - warknął dość głośno i zaatakował. - Gdzieś ty wlazła!

Zmęczony i całkiem zrezygnowany po ostatniej walce, podczas której wykończył tak dużą ilość potworów, że przy drugim tuzinie stracił zupełnie rachubę, doszedł do końca korytarza, gdzie znajdowały się drewniane drzwi. Rozejrzał się dookoła, wszędzie leżały kości pokonanych przez niego monstrów. Tu i ówdzie pobłyskiwała złota moneta, ale musiałby być skończonym głupcem, gdyby postanowił w tak niebezpiecznym miejscu rzucić się na poszukiwanie skarbów.

Po ostatnich przygodach tej nocy, gotowy na wszystko ostrożnie otworzył drzwi. Za nim był znacznie szerszy i wyższy korytarz. Ściany pełne były półek na kości, a po lewo dostrzegł czerwony poblask dochodzący z otwartych drzwi. Ogień nie żarzy się tak intensywnym odcieniem czerwieni.

Na jednej z półek siedziała obejmując podkurczone kolana elfka i szlochała cicho. Podszedł do niej ostrożnie ciągle nasłuchując i wypatrując niebezpieczeństwa.

- Mio - powiedział miękko. - Już w porządku. Chodź, idziemy stąd.

Spojrzała na niego i wskazała dłonią na czerwoną poświatę.

- Mal - powiedziała drżącym głosem. - Tam jest...

Zignorował i siłą wyciągnął dziewczynę z dolnej półki. Nie opierała się. Poszli do drzwi wyjściowych.

- Nie wyjdziecie - zza pleców usłyszał zmysłowy szept. Nerwowo odwrócił się, ale nic nie zobaczył. Szarpnął za klamkę, bez skutku.

- To już nawet nie jest śmieszne - mruknął poirytowany pod nosem.

- Dlaczego? Nie chcesz się zabawić? - powiedziała elfka. Nie, ona stała obok przerażona. Ale głos, który go mamił był podobny do głosu Mio. - No chodź...

Drzwi były nadwyrężone przez czas, gdyby odpowiednio kopnął powinny się wyłamać. Odsunął trochę na bok elfkę i przymierzył się do kopnięcia.

- Dobra, idziemy stąd - powiedział pewnie i kopnął.

Drzwi stały niewzruszone, a on poczuł, że coś go podcina i upadł na mokre kamienie. Mio przykucnęła koło niego. Niebieskie oczy rzucały naokoło przerażone spojrzenia.

- To Mal - wyjaśniła wskazując głową za siebie, gdzie czerwień wypływała z otwartych wrót. - Nie wypuści nas za darmo.

Bruno westchnął ostentacyjnie i wstał.

- To po jaką zarazę tu wbiegłaś, głupia? Żebyśmy teraz płacili jakiemuś Mal...owi - warknął z pretensją na dziewczynę. - Czego chcesz? - krzyknął w stronę poświaty.

Odpowiedział mu kobiecy śmiech. Brzmiał zupełnie jak głos elfki. A on miał już dość. Mimo, że nie pałał szczególną sympatią do Świętej Inkwizycji, to zaczął żałować, że ich władza została przez ostatnie dziesięć lat znacząco ograniczona. Splunął. Plugastwami powinni zajmować się wykwalifikowani ludzie, a nie ktoś taki jak on. Złapał elfkę za ramię, trochę za mocno, bo pisnęła z bólu i pociągnął w stronę kpiącej czerwieni.

Przeszli przez wystrojone w czaszki i kości, olbrzymie, kamienne wrota do skąpanej w karminie komnaty. Była olbrzymia. Wysoka i szeroka, na planie kwadratu. Jego, nadwyrężona tej nocy, logika krzyczała, że takie pomieszczenie nie mogło się zmieścić tak płytko pod ziemią. Pamiętał jak wyglądało wejście do krypty i las naokoło. Taki stan rzeczy zirytował go jeszcze bardziej.

Znowu śmiech, tym razem bardzo zadowolony śmiech.

- Ile gniewu! - ucieszyła się postać siedząca na prostym, kamiennym ołtarzu na końcu pomieszczenia. Bruno przyjrzał się jej dokładniej. Wyglądała jak młodsza wersja elfki, nogi zwisały jej z ołtarza nie dosięgając posadzki. Machała nimi naprzemiennie. Miała trochę krótsze włosy, ale równie kręcone i równie blond co elfka.

Potrząsnął głową zdezorientowany. Wzrokiem zaczął szukać źródła czerwonego światła, ale po chwili inspekcji dotarło do niego, że to całe pomieszczenie się świeci.

- Dobra, czego chcesz? - warknął w stronę mini-elfki. - Ona twierdzi, że nie dasz nam wyjść, czemu?

Postać znowu się zaśmiała. Z półek naokoło zaczęły wysypywać się kości, a z każdej kupki uformował się szkielet. Póki co, Bruno naliczył ich około trzydziestu.

- Nudzę się - odparła szczerze mini-elfka, Mal. - Nikt mnie nie odwiedza. Ile można gnić wśród kości? Chcę stąd wyjść, ona mi pomoże - postać wskazała na Mio. - Inaczej zostaniecie tu, jak pozostali - wskazała na szkielety dłonią. Bruno zauważył grube kajdany na nadgarstkach Mal.

- Te twoje szkielety nie mogą rozwalić łańcucha? - zapytał wprost ciągle poirytowany. Tajemnicza mgła, potwory, szkielety, a teraz młodsza pseudo-bliźniaczka jego elfki z problemami egzystencjalnymi. Wiedźmy palić na stosie, ot co.

Mio schowała się za niego przestraszona, zauważył, że nie patrzy tej drugiej w oczy. Słyszał, że elfy lepiej znają się na magii, postanowił pójść za jej przykładem. Zresztą, kapłani zawsze powtarzali, żeby Złu w oczy nie spoglądać. Chyba, że się zna jego imię. Szkoda, że nie pamiętał co dalej z taką informacją można zrobić. Szkielety ich okrążyły. Około czterdziestki. Jeszcze nie tak źle, zważywszy jak łatwo się rozsypywały.

- Najciekawsze zabawki trzymam blisko siebie - odparła ucinając jego rozmyślania postać. - Niestety, nie są magami, więc nie mogą mi pomóc. Ona wie co musi zrobić. Już jej mówiłem.

Elfka skuliła się i złapała za głowę wydając z siebie cichy krzyk. Bruno przytrzymał ją, by nie upadła. Po chwili jednak podniosła głowę.

- Nie wyjdziesz stąd - warknęła ostro i spojrzała postaci prosto w oczy. - Pogrzebiemy cię tu na zawsze. Do swoich też nie wrócisz. Wszyscy zapomną o tobie - dziewczyna zaczęła iść w stronę ołtarza, zauważył, że każdy krok sprawia jej trudność. - Przestaniesz istnieć.

- W ogóle to wszystko to jakiś głupi sen - dorzucił Bruno nieświadomie. Nigdy w czary ani inne bujdy nie wierzył, a dzisiejszej nocy miał kompletnie dość, chciał się już obudzić z tym potwornym kacem, który go rano czekał. - Ani duchy, ani potwory, ani demony nie istnieją.

Mniejsza wersja elfki wciągnęła pośpiesznie nogi na ołtarz i zaczęła się szarpać w łańcuchach nerwowo. W tym momencie połowa szkieletów rozsypała się na podłodze, a druga część zaczęła biec w stronę mężczyzny, by zaatakować. Zastawił się przed pierwsza falą, odepchnął dwa szkielety. Zderzyły się z dwoma następnymi i rozsypały. Nadepnięta kość chrupnęła pod butem łamiąc się z łatwością. Czuł się jak we śnie, w którym po serii dziwnych, nielogicznych zdarzeń przejął kontrolę i zaczął kontrować wydarzenia w umyśle. W końcu chodzące szkielety nie istnieją. Po tej myśli kolejny z nich rozsypał się nim ostrze wojownika zdążyło go tknąć. Kątem oka Bruno zauważył, że wokół dłoni elfki znowu pojawiły się te dziwne strużki przypominające wodę. Wśród szczęku i chrzęstu zdołał dosłyszeć, że dziewczyna coś mówi w dziwnym, melodyjnym języku. Mimo że ledwo mógł go w całym zamieszaniu dosłyszeć i kompletnie go nie znał, słowa wydawały mu się znajome. Jakby ktoś po wielu latach usłyszał fragment nuconej w dzieciństwie przez matkę kołysanki. Nie wiedział jak brzmi ciąg dalszy, ale czuł, że pamięta całość.

- Nie dasz rady - krzyknęła rozpaczliwie Mal zasłaniając się łańcuchami. - Jeszcze pożałujesz, zobaczysz!

Bruno był zbyt zajęty walką z pozostałymi szkieletami, by przyglądać się jak sobie radzi jego towarzyszka. Po raz pierwszy tak o niej pomyślał. Jeden ze stworów trafił go tępym mieczem w lewe ramię. Paskudna do gojenia rana. Odwdzięczył się miażdżąc mu rękojeścią żuchwę. Nagle ziemia zadrżała. Ledwo ustał na nogach, a pozostałe zaledwie trzy szkielety rozsypały się.

Spojrzał na Mio. Wokół niej krążyły coraz szybciej wąskie strumienie silnego wiatru, albo wody. Nie był pewien. Cała skąpana była w niebieskiej poświacie. Kolor był intensywny, przypominał świeże, łąkowe chabry. Mężczyzna zamrugał.

- Nie! Zostaw mnie! - krzyczała przerażona postać na ołtarzu, gdy strumienie dziwnej, niebieskiej energii zaczęły ją dosięgać.

Gdy oplotły ją całą w pomieszczeniu było tak głośno, jak podczas burzy. Mężczyzna cofnął się o krok, bo z rozszalałych strumieni co chwila uciekały błyskawice walące w ściany i kości. Śmierdziało siarką wymieszaną z zapachem burzy. Wyładowania w pewnym momencie gwałtownie się skończyły, a wiry energii zaczęły uspokajać i zanikać. Na ołtarzu, przed którym stała Mio, było pusto. Ponad nim jeszcze kłębiła się resztka strumieni. Elfka wystawiła dłoń, a jeden ze znikających strumieni położył na niej okazały klejnot, prawdopodobnie diament. Długoucha odwróciła się i podeszła do wojownika z szerokim uśmiechem na twarzy wymachując przezroczystym kamieniem.

- Taki skarb i miał się w ziemi marnować! - wykrzyknęła zadowolona z siebie. - Chodźmy Bruno, trzeba ruszać dalej.

Gdy wyszli na powierzchnię, zbliżał się świt, a on miał już dość całego dnia. Schował miecz do pochwy i poszedł szybkim krokiem za rozradowaną elfką. Postanowił, że najpierw oddali się od tego miejsca, a dopiero potem będzie zadawał pytania. Bardzo dużo pytań.

Rozdział 4

6 komentarzy:

  1. Zajefajnie się czytało, widać poprawę po ostatniej małej wtopie ;)

    Scena walki koksa ze szkieletami ja kw Diablo, widać że Bruno ma niezliczone pokłady Expa :P
    Ale miłym zaskoczeniem było przebudzenie się Mio, wreszcie cudak pokazał co potrafi. jak czytałem ten fragment w głowie zaświtał mi tekst: "Mamy drugiego koksa w drużynie :D !

    A scena końcowa ze zniszczeniem głównego złego aż prosi się o odpowiedni podkład:
    LINK

    OdpowiedzUsuń
  2. Let the bodies hit the floor, let the bodies hit the...

    No co? ;p

    Mroczne sekrety są mroczne. :D No i Diablo, łezka się w oku kręci ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, jakiś dobry rock aż się prosi :) Swoją drogą zastanawiałem się kiedy elka przestanie być pierdołą ;)

    A co do Diablo,mam nadzieję, że w sobotę uda mi się odebrać w końcu moją kopię. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Lvl 1. Wejście do kaplicy w Tristram, Dungeon. 120 kościotrupów, kilka złotych monet, tylko boss na końcu (chyba na 3 poziomie) to był rzeźnik ^^' Ale motyw mocny :D Druga część z efektami magicznymi podlatywała mi bardziej pod serię Neverwinter, ale to tylko moje skojarzenia :D

    Czekam na jakieś potężniejsze artefakty czy bronie. Nie żebym sugerował się klingami Drizzta co wielki topór dwuręczny w rękach Bruna, który w dodatku potrafiłby mówić... Ten krzyk: "DAWAJ, WGRYZAMY SIE!!!!" W Baldursie był taki miecz... W dodatku nie można było się go pozbyć, taka klątwa :P A ten to denerwował równo... "-Jak w masło!! Jeszcze raz!!!"

    Komentarz okiem gracza. ^^'

    OdpowiedzUsuń
  5. Pani autorko, czekamy na odcinek z 1 lipca!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam za opóźnienia, rozdział będzie dziś wieczorem. Proszę o jeszcze odrobinę cierpliwości.

      Usuń