poniedziałek, 2 lipca 2012

Rozdział 6 "Wesele"


Gdy znaleźli się parę set metrów dalej, Bruno zatrzymał się na środku drogi blokując elfce przejście. Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę zdziwiona.

- No co? - zapytała.

- Rozejrzyj się – polecił wskazując na okazały dąb pochylający się nad traktem. Wśród jego korzeni leżał, równo ułożone, ich rzeczy. Elfka lekko utykając podeszła do swojego plecaka i włożyła do środka klejnot. Bruno wyciągnął bukłak z wodą i przemył ranę na ramieniu. Żadnego prowizorycznego bandaża nie mógł niestety znaleźć wśród swojego, dość skromnego, dobytku.

- Ładnie ze strony woźnicy, że nam zostawił rzeczy - podsumowała długoucha i jakby dopiero zainteresowała się jego osobą. - Co ci się stało?

Zbliżyła się i złapała go za rękę przyciągając ramię bliżej siebie. Prychnął ostentacyjnie.

- Idziemy - powiedział trochę ostrzej niż początkowo zamierzał.

- Chwilka, coś trzeba z tym zrobić! - zakrzyknęła elfka entuzjastycznie. Szybko zaczęła przetrząsać zawartość plecaka. - O, to się nada.

Wyciągnęła prostokątny worek z delikatnego, błękitnego materiału. Tkanina była cienka, półprzezroczysta, a worek okazał się dziurawy, dodatkowo z jednej strony miał przyszyte dwa cienkie paski materiału tworzące dwie pętle. Dziewczyna rozpruła materiał na szwie i sprawnie zabandażowała ranę. Bruno nie spodziewał się, że cudak zna się na leczeniu.

- Szkoda trochę... - westchnęła kończąc. - To była moja ulubiona koszula...

Zerknął zdumiony na kusy skrawek materiału. Koszula?

Gdy ruszyli w dalszą drogę, w krzakach usłyszał podejrzanie znajome chrumkanie. Dziki. Wymusił na dziewczynie za szybkie tempo, by oddalić się z miejsca potencjalnego zagrożenia, co skończyło się jej marudzeniem i narzekaniem. Na szczęście, chrumkania już nie słyszał. Usilnie starał się ignorować długouchą i wpatrywał się w miękki piach pod nogami. Coś mu nie pasowało.

- Bruno, za szybko. Noga mnie boli - narzekała Mio.

Przystanął. Spojrzał za siebie, a potem przed siebie.

- Dziękuję, strasznie boli i chyba spuchła - dołączyła kobieta schylając się i masując kostkę. - W najbliższej wiosce muszę odwiedzić medyka, żeby coś z tym zrobił. Boję się, że to złamanie...

- Głupia - parsknął choć bez humoru. Czyżby umiejętność bandażowania była przypadkową zdolnością? Szkoda. - Jakbyś złamała nogę, nie mogłabyś chodzić. Uwierz. A teraz cicho siedź i się rozejrzyj.

- Co się znowu stało? - zaniepokojona elfka bardzo szybko doskoczyła do niego chowając się za jego plecami. Czuł jak zaciska dłonie na jego tunice. Westchnął.

- Nic - powiedział ostentacyjnie. - Idziemy, pomogę ci.

Nie dodał, że mimo miękkiego piachu na drodze nie było śladu po wozie czy końskich kopytach. Nie zamierzał znowu ganiać głupiego cudaka po lesie, a im szybciej się stamtąd wydostaną tym lepiej. Postanowił odłożyć również rozmowę o zajściu w katakumbach na bezpieczniejszą... okolicę.

Resztę drogi milczeli. Choć szli już wolniej. Koniec dnia zastał ich przy drogowskazie. "Prztyków - 1 kilometr".

- Jeszcze trochę i dojdziemy na miejsce - ucieszyła się elfka, jakby zupełnie zapomniała o nocnej przygodzie. - Ale już się robi ciemno...

- Ponoć wy elfy widzicie w ciemności.

- Taa - spojrzała na niego sceptycznie. - I zjadamy nasze chore młode.

- Idziemy dalej, mam dość tej drogi - zarządził narzucając dużo szybsze, marszowe tempo.

Elfka po kilku minutach znowu zaczęła marudzić, że ją boli noga i woli poczekać w lesie do rana. Warknął na nią niezadowolony, bo chciał jak najszybciej usiąść w jakiejś karczmie i napić się czegoś dobrego, ale nieznacznie zwolnił kroku dostosowując się do słabszego. Mio resztę drogi nic nie mówiła, choć był święcie przekonany, że zaciska ze złości usta.

Po kolejnej półgodzinie irytująco wolnej wędrówki dotarli na skraj małej wioski. Na wejściu przywitał ich drewniany słup z szyldem. "Prztyków wita" wyryto w desce. Bruno rozejrzał się naokoło.

Dziesięć sporych, dobrze utrzymanych chat. Na ganku każdej stała latarnia. Centralnym punktem wioski była, również oświetlona, studnia. Na wprost niej znajdowała się mała świątynia Pana. Nie widział jednak ani jednej karczmy. Wioska bez karczmy wydała mu się dziwnym pomysłem. We wnętrzach chat i świątyni było ciemno. Tylko w największym budynku, z wapnowanym murkiem przy wejściu, świeciły lampy w środku, a przy oknach co chwila ktoś przebiegał.

- Tam jeszcze nie śpią - wskazał na dom. - Może nas przenocują.

Chwilę później pukał do grubych, drewnianych drzwi. Otworzył mu niski, gruby mężczyzna z łysiną na środku głowy o rumianej twarzy. Serdelkowate palce zaciskały się na framudze, jakby stanie w miejscu sprawiało mu trudność.

- Kolejni weselnicy! - ucieszył się z szerokim uśmiechem. - Gość w dom, Pan w dom. Wejdźcie, wejdźcie!

- Nie chcielibyśmy przeszkadzać… - zaczął ostrożnie Bruno, ale został wciągnięty razem z elfką do środka przez dwóch roześmianych mężczyzn, którzy akurat przechodzili obok pijąc coś z glinianych kubków.

We wnętrzu przystrojonej kwiatami izby kuchennej było mnóstwo ludzi. Każdy śmiał się, pił czerpiąc napój z olbrzymiego kotła stojącego na piecu. Po drugiej stronie było otwarte wyjście na ogród, skąd świeciło mnóstwo pochodni i dochodziła muzyka.

- Moja najmłodsza córka wychodzi dziś za mąż - poinformował ich ten sam mężczyzna, który przywitał ich w progu domostwa. - Zdążyliście przed ceremonią. Wszyscy do ogrodu! - zarządził wybiegając zygzakiem. - Złapcie księdza! Pora się pozbyć latorośli z domu! Gdzie jest młody? Dajcie go!

Fala gości, Bruno naliczył około trzydziestu osób w różnym wieku, wypłynęła na ogród, gdzie pod okazałym orzechowcem stał skromnie przystrojony ołtarzyk. Na nim, w śnieżnobiałej sukience, stała panna młoda - młodziutka, rumiana dziewczyna. Podenerwowana rozglądała się naokoło.

Czterech rosłych chłopów, w odświętnych koszulach z wełnianymi kubrakami, czerwonymi spodniami i czarnymi czapkami na głowie, niosło za ręce i nogi piątego w stronę ołtarza. Pozostali goście skandowali śmiejąc się głośno. Do ołtarzyka podszedł odziany w brązowy habit duchowny. Młodego siłą postawiono obok młodej. Do dwójki dołączyła dziewczyna w wieku młodej z opstrzoną piegami twarzą i rudymi włosami i jasnowłosy, barczysty chłopak.

Bruno przystanął z tyłu opierając się o ścianę, Mio zaś przecisnęła się między weselnikami prawie na sam przód.

- Kochani moi - zaczął pogodnie ksiądz, po jego twarzy sądząc zdążył wychylić już kilka toastów za młodą parę. - Zebraliśmy się tu tak licznie, by radować się razem z Jagną i Jankiem, których w dniu dzisiejszym połączy więź silna i uświęcona przez Pana - podniósł obie dłonie w geście błogosławieństwa. - Jagno, Janku. Czy jesteście świadomi odpowiedzialności jaka spocznie na was?

- Jesteśmy - pisnęła cichutko młoda, młody skinął niepewnie głową.

- Czy wiecie jaka rola was czeka podczas tworzenia tej nowej rodziny?

- Wiemy - głos młodej był pewniejszy, młody ponownie skinął.

- Czy przyrzekacie dbać o siebie, zachować sobie wierność w doli i niedoli, dopóki Pan nie zawezwie was do siebie?

- Przyrzekamy! - zakrzyknął gromko młody jakby dopiero co się ocknął. Młoda podskoczyła wystraszona, ale pośpieszne kiwnęła głową nazbyt skwapliwie.

- Biorąc sobie was tu zebranych na świadków, oraz Pana naszego Wszechmocnego, z uprawnień nadanych mi przez jego świątobliwość, najwyższego kapłana, ogłaszam ciebie Jagno żoną, a ciebie Janku mężem. Od tej chwili jesteście małżeństwem. Możecie się pocałować.

Sakramentalne przypieczętowanie uroczystości w pocałunku zostało powitane gwizdami, brawami i serdecznym śmiechem zebranych gości. Bruno zaklaskał uśmiechając się lekko.

- Rzucaj bukiet! - krzyknął któryś z gości.

Momentalnie na środku, prawie tratując elfkę, zebrały się wszystkie panny wyczekując na rzucony przez pannę młodą bukiecik z białych róż. Dziewczyna odwróciła się w stronę gości, pan młody ciągle ją obejmował, zamachnęła i wyrzuciła związane białą wstążką kwiaty wysoko do góry. Zebrane dziewczęta przepychały się między sobą piszcząc i szarpiąc się nawzajem. Mio próbowała się od nich odsunąć, ale stała dokładnie w środku całego zamieszania. Pozostali goście gwizdali na szamoczące się panny rozbawieni przedstawieniem.

Bukiet złapały trzy dziewczyny i natychmiast zaczęły o niego siłować. Po krótkiej walce kwiaty zostały rozerwane na strzępy, coś okrągłego błysnęło odrywając się od wstążeczki a białe płatki opadały powoli na pozostałe panny. Bruno zauważył, że Mio się schyla na trawę i podnosi mały przedmiot.

- Która ma guzik? - zapytał gospodarz przyjęcia podchodząc do panien, które były wyraźnie niezadowolone.

Mio wystawiła otwartą dłoń podając coś mężczyźnie.

- To nasza nowa panna młoda, stara niech jej odda wieniec! - pociągnął zdumioną elfkę w stronę ołtarza.

- Ale… - próbowała tłumaczyć długoucha.

Niestety goście zbyt zaaferowani byli gratulowaniem jej odnalezienia guzika. Chwilę potem na głowie elfki świadkowa i młoda upięły kwiecisty wieniec, który dopiero co zdobił rude włosy młodziutkiej Jagny. Mio miała bardzo nieszczęśliwą minę, gdy stała otoczona korowodem pozostałych panien, które, mimo zawziętej walki, teraz przytulały ją serdecznie.

Bruno z ciekawości podszedł bliżej, gdyż przez gwarę zabawy nie mógł dosłyszeć o czym elfka mówi.

- Ale po co to? - zapytała zerkając to na pannę młodą, to na świadkową.

- Złapałaś guzik - przypomniała szczerze uśmiechnięta Jagna. - To wróżba. Oznacza, że za rok ty będziesz brała ślub. Skąd jesteś? Czemu masz takie spiczaste uszy? Coś cię pogryzło?

- Nie, nie - zaśmiała się zakłopotana blondynka. - Elfy tak mają…

- O, jesteś elfem? - świadkowa przyjrzała się jej dokładnie. - Nie wyglądasz. Słyszałam, że elfy mają zieloną skórę i plują żrącą chmurą.

Bruno zdusił wybuch śmiechu widząc nieszczęśliwą minę uszatej. Chłopskie zwyczaje były bardzo barwne, ale i męczące, a sami chłopi potrafili być bezczelni w swojej prostolinijności. Zastanawiał się jak zareaguje elfka, gdy dostanie za zadanie wypicie duszkiem kubka bimbru.

- Zdrowie młodych! - wyrwał się któryś z podpitych gości zapominając o kolejności obrządku.

Nikogo to jednak nie uraziło. Wszyscy mu zawtórowali wznosząc kubki. Bruno zorientował się, że trzyma w ręku gryzący w nos herbaciany napój. Mio również dołączyła się do toastu. A potem wojownik obserwował jak jej twarz wykrzywia grymas. Wychylił swój kubek. Obrzydliwy napój miło rozgrzewał drapiąc przełyk.

A potem ktoś zakrzyknął “Pierwszy taniec!” i młoda para zatańczyła do skocznej i wesołej melodii wygrywanej przez trzech grajków. Gdy skończyli reszta gości ruszyła do tańca. Mio została porwana przez świadka. Po krótkiej rozmowie, rosły chłopak wziął uszatą na ręce i zakręcił parę kółek, po czym zaniósł na jedną z suto zastawionych ław. Pyzata świadkowa dopadła do Bruna z szerokim uśmiechem. Wzdrygał się i bronił, by tylko nie tańczyć, ale w końcu uległ namowom dziewczyny. Po wieku sądząc mogłaby być jego córką, co nie przeszkadzało jej w przesadnym i wyuzdanym tańczeniu.

Przez kilka następnych godzin na zmianę tańczył i pił. W pewnym momencie w środku zabawy wuj panny młodej zaczął awanturować się z bratem pana młodego, zaczęli się mocować i walić na oślep na środku. Przypadek chciał, że jeden z ciosów trafił Bruna w szczękę, co go podkusiło, żeby rozdzielać bijących się? Złapał jednego i drugiego za kubraki i posadził po przeciwnych stronach stołu. Jego interwencja wywołała salwę śmiechu i doping od strony reszty weselników. Chwilę później został mianowany sędzią przy siłujących się chłopach. Potem sam siłował się na pieniądze z drwalem, ale elfka rozproszyła jego uwagę - całkiem rumiana i roześmiana rozmawiała z grupą chłopów w różnym wieku, którzy obsiadli ją z każdej strony - przegrał miedziaka. Pozdrowił swojego przeciwnika wstając od ławy i przechwycił długoucha zabierając z ławy i zmuszając do tańca.

- Odbijam - poinformował zdziwione towarzystwo, które liczyło na bliższą znajomość z egzotycznym gościem. Ale na szczęście nikt z nich się nie uraził.

Mio wyglądała jakby nie zauważyła co się stało.. Uśmiechała się szeroko przytulając do niego.

- Paru chłopców zaproponowało nam nocleg - powiedziała głośno przekrzykując gwarę. - To miłe z ich strony, nie sądzisz?

Parsknął kpiąco. Elfka była kompletnie pijana i chyba zupełnie nie rozumiała co się dzieje. Była jeszcze jedna plotka dotycząca elfów, elfek, której jak na razie nie potwierdził podróżując z długouchą.

- Raczej, by się nie ucieszyli z mojego towarzystwa - powiedział śmiejąc się.

- A - zamyśliła się elfka opierając na jego ramieniu. Nogi ledwo ją utrzymywały i przy każdym kroku utykała.

Zaprowadził ją do pustej ławy w rogu ogrodu i posadził. Elfka patrzyła na niego błędnym wzrokiem. Większość gości leżała gdzieś na trawie, pod stołami lub na nich, a młodzi wymykali się chichocząc i biegnąc w parach.

- Pobawiliśmy się kosztem gospodarza - zaczął siadając obok. - Ale wypadałoby dać młodym jakiś prezent. Może ten klejnot, to chyba cenna rzecz? - zażartował.

- Bruno! - oburzyła się elfka. Przez moment wydawała się trzeźwiejsza. - To jest potężny, magiczny przedmiot. Źle użyty może stanowić zagrożenie. Nie - zaprzeczyła ruchem głowy. - Ale mam pewien pomysł co dostaną.

Uśmiechnęła się paskudnie i sięgnęła za dekolt. Dopiero teraz zauważył, że na szyi elfki wisi cieniutki łańcuszek. Ściągnęła go przez głowę, odgarniając na moment rozpuszczone loki ze smukłej szyi.

- Mamka mi opowiadała, że gdy mój papa podarował mojej maman ten wisiorek, zostałam poczęta - powiedziała wymachując mu przed nosem sporym sercem wysadzanym drobnymi kryształkami, albo diamentami, nie był w stanie ocenić. W każdym razie ozdoba wyglądała na bardzo cenną. Bardziej cenną niż cała ta wioska.

Wstała i lekko chwiejnym krokiem poszła do przytulonych na ławie młodych. Zauważył, że wręcza im naszyjnik i coś mówi gestykulując wolną ręką. Nie, nie mówi. Młodzi wgapiali się pusto w serce. Przytaknęli i wzięli wisior. Po czym zauważył, że ich wzrok wędruje jedno na drugie. Jeśli prawdziwa miłość istnieje to można ją było dostrzec w spojrzeniu jakim się obdarzyli.

Mio wesołym krokiem, mimo że o mało się nie potknęła o leżącego na trawie brata pana młodego, podeszła do niego.

- Wiedźma - stwierdził. - To prości ludzie, elfie, przeklęte błyskotki im są niepotrzebne. Jakim prawem manipulujesz cudzymi uczuciami?

- Co? - zdziwiła się. Młodzi chichocząc ukradkiem, a przynajmniej się starali, wymknęli się z wesela.

- Dobra, jak zaklęłaś tamtych dwoje, wiedźmo - warknął, ale poczuł, że język mu się plącze, jednak za dużo wypił.

- Nikogo nie zaklęłam - wzruszyła ramionami. - Dałam im pamiątkę po maman, zasugerowałam co nieco i życzyłam im szczęścia. Rano będą szczęśliwsi, gdy reszta gości będzie chorować, a teraz są dość pijani, by nasz gospodarz szybko doczekał się wnucząt… Dzieci są bardzo ważne, wiesz? Im mniej dzieci się rodzi, tym biedniej w kraju - zaczęła filozofując. - U nas jest ciężko. Co z tego, że dbamy o ciężarne, prawie wszystkie noworodki przeżywają porody, jak coraz mniej jest ciężarnych… Elfki nie chcą zakładać rodzin. Trochę im się nie dziwię, bo elfy nie pomagają przy wychowywaniu. Wszystko na twojej głowie i jeszcze dodatkowy wałkoń do utrzymywania. To już lepiej żyć samemu.

Patrzył na nią i jego wzrok wędrował z jej ust do rozchylonego dekoltu w koszuli.

- Wiesz, że jestem uważana za grubą? - podniosła się i okręciła wkoło, ale za szybko by zdążył skupić wzrok i się jej przyjrzeć, bo ponownie usiadła. - Nie jestem gruba!

Wyraźnie spochmurniała uciszając się na chwilę. Bruno przysunął się do niej bliżej zahipnotyzowany rozsupłanym gorsetem.

- Według mnie - zaczął nie odrywając wzroku. - Masz ładne… figurę jak trzeba.

- Nie jestem gruba! - powtórzyła histerycznie waląc pięścią w stół.

- Sto lat! - doniosło się spod stołu, oboje podskoczyli.

- Chodźmy, trzeba gdzieś przenocować - zaproponował zmieszany Bruno.

- Obok sadu jest stodoła - odparła elfka machając ręką za siebie. - Syn drwala mi powiedział. Mają jeszcze zeszłoroczną słomę, będzie miękko.

Wyciągnęła go z wesela tylnym wyjściem w ogrodzie. Oboje ledwo szli wspierając się o siebie. Ręka Bruna zupełnie przypadkiem zsunęła się po plecach elfki. Dopiero po kilku metrach zauważył co zrobił. Gdzieś w upojonym alkoholem umyśle kołatało mu, że zostawili w ogrodzie swoje rzeczy. A potem dotarło do niego, że to co ciągnie drugą ręką za sobą po ziemi to jego miecz. Zauważył również, że elfka zabrała pusty dzban. Pośpiesznie zabrał go od niej i rzucił w trawę. Dziewczyna prychnęła coś pod nosem. A może i powiedziała dość wyraźnie?

Wśród drzewek owocowych dostrzegł spory, drewniany budynek. Małe drzwiczki, umieszczone w dużych wrotach, były otwarte. Weszli do środka. Intensywny zapach kurzu wywołał u nich kichanie. Elfka machnęła oswobodzoną ręką w powietrzu. Powiedziała jakieś krótkie zdanie bardzo zmysłowym tonem. Zmusiło to Bruna, by na nią zerknął. Przymknięte oczy i rozchylone usta wyglądały bardzo kusząco.

Powietrze zrobiło się lżejsze, rześkie. Pachniało burzą.

- Musisz mi to koniecznie wyjaśnić - powiedział puszczając Mio.

Otworzyła oczy i spojrzała na niego dziwnie. Poczuł, że włosy mu się jeżą na głowie i dostaje gęsiej skórki.

Uśmiechnęła się do niego ciepło i pociągnęła go w stronę porozrzucanej sterty słomy. Kiedy zdążyła rozwiązać gorset?

***

Rankiem obudził się wypoczęty. Tak dobrze nie spał od wielu nocy. Elfka wtulona w jego tunikę spała w najlepsze. Uśmiechnął się do siebie. Jednak trochę prawdy w tych plotkach było.

- Mio - wyszeptał szturchając ją delikatnie. - Pobudka.

- Mmm - zamruczała obejmując go.

Zaśmiał się cicho. Długoucha powoli otworzyła zaspane oczy. Rozejrzała się ostrożnie siadając, po czym uśmiechnęła do niego szczerze.

- Dzień dobry, Bruno - przywitała go. - Chyba najwyższa pora ruszać dalej, prawda?

Ubrali się, gdy Bruno zorientował się, że ich rzeczy rzeczywiście zostały na weselu.

- Musimy wrócić - powiedział otwierając stodołę. - Moja torba i twój plecak leżą gdzieś w ogrodzie.

Ostrożnie przemykali między rozwalonymi pokotem na trawie weselnikami. Ktoś tulił się do drzewa, Trzech spało na wywróconym stole, który przeniesiono na sam środek ogrodu. Plecak elfki wisiał na drewnianej okiennicy. Ściągnęła go i założyła nie sprawdziwszy, czy nie zmieniła się zawartość. Bruno szukał swojej torby, przy okazji zabierając dwa bochenki chleba, kawałek mięsa z wielkiej misy, kilka jabłek, które pospadały ze stołu. Zawinął prowiant w małą serwetę i stanął nad śpiącym na jego torbie mężczyzną o głupawym uśmiechu na twarzy.

- No, kolego - powiedział łapiąc go za kubrak i zrzucając z worka. - Twoja poduszka ma bardzo pilną misję do wykonania i musi cię opuścić.

Pijany stęknął i przytulił się do buta innego.

Obrzucili pobojowisko ostatnim spojrzeniem i ruszyli w dalszą drogę. Gdy opuścili wioskę Mio wyciągnęła z sakiewki klejnot zdobyty na cmentarzu. Spojrzała na niego pod światło.

- Tak! - ucieszyła się. - Nie skażony!

- Co? - zapytał od niechcenia rozleniwiony Bruno. Dobrze mu się szło, ale na pewno lepiej by było na miękkiej słomie. Skóra elfki była taka delikatna i aksamitna. Nic tylko przytulić się i zasnąć.

- Bałam się, że Mal zatruł kamień, ale jeszcze nie zdążył.

- Aha - przytaknął patrząc z uśmiechem na zbyt gadatliwą, jak na tak ranną porę, elfkę. - A skąd to wiesz?

- Bo jest czysty - odparła oczywistym tonem wzruszając ramionami. - Będę mogła wykorzystać jego moc.

- No - jego wzrok ciągle śledził uroczą blondynkę. Zauważył, że z jej włosów wystaje słomka. Sięgnął po nią. Miała takie miękkie włosy.

- Chodźmy dalej - stwierdziła elfka rzuciwszy okiem na wyschnięte źdźbło i ruszyła przed siebie.

Rozdział 5

8 komentarzy:

  1. Rozumiem, że tekst pod *** gwiazdkami wysyłany zostanie na priv. Nie wiem czemu, przypomniała mi się wigilia ostatnia... :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szwagier dobrze gada, polać mu! (a tekst wysłać też mnie :p) ależ tak wykorzystywać biednego Bruna... dobrze, że historia jest opowiedziana z jego perspektywy, chociaż w trzeciej osobie, nie wiadomo, co tej Mio chodzi po głowie, może jeszcze niejednym nas zaskoczyć :D

      Usuń
  2. Tekst pod gwiazdkami sami sobie napiszcie :P

    Miło się czytało, jak zawsze, ale nie jestem zwolennikiem takich przerw w akcji. Niech się dzieje! Dużo i z przytupem :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Za pierwszym razem przeczytałem: " razem z Jagną i Jantkiem". :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy to prawda, ze trwa wakacyjną przerwa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W publikowaniu?

      Usuń
    2. Niestety tak, przepraszam, że tak niezapowiedzianie, ale na rozdział 7 musicie troszkę jeszcze poczekać.

      Usuń
    3. Spoko. To czekamy!

      Usuń