niedziela, 22 lipca 2012

Rozdział 7 "Rwący, górski potok" część 1

Prztyków zniknął im wśród gęstego lasu. Słońce wzeszło już wysoko, gdy krajobraz się zmienił. Droga stała się coraz węższa i kręta. Po jednej stronie dotykała łagodnego zbocza góry, z drugiej oferowała przepaść z wystającymi konarami wyschniętych drzew i gdzieniegdzie ostrymi skałami. Ciężej było znaleźć odpowiednie miejsce na postój. Późnym popołudniem stracili rachubę przebytej odległości, a noga elfki spuchła tak, że Bruno zmuszony był rozcinać drogo wyglądający but, by uwolnić stopę dziewczyny.

- No, to by było na tyle - mruknął rozpalając ognisko. - Ech, trzeba było spytać w wiosce, czy ktoś nie zna się na leczeniu... Przepraszam, Mio, nie sądziłem, że twoja noga jest w tak złym stanie.

Elfka przyglądała się przez dłuższą chwilę napuchniętej kończynie opartej na zwiniętym kocu. Spróbowała nią poruszyć i skrzywiła się z bólu.

- Bardzo dobrze ci wyszło zabandażowanie mojego ramienia - wskazał na materiał na ręce. - Jeśli mi powiesz jak, mogę jakoś usztywnić twoją stopę...

Odciągnąć uwagę od problemu rozwiązaniem go.

Elfka spojrzała na niego zagubiona, po czym uśmiechnęła się rozbrajająco.

- Myślę, że jutro wrócą mi siły po Mal i będę zdrowa - powiedziała jak zwykle enigmatycznie i otworzyła swój plecak. Wyciągnęła z niego sporą księgę oprawioną w skórę i zaczęła notować na jednej z czystych stron.

- Mal raczej nie ma nic wspólnego z tym, że skręciłaś kostkę - wzruszył ramionami Bruno, gdy wreszcie wilgotne patyki zajęły się słabym ogniem. - Miałem cię już wcześniej zapytać, ale jakos nie było okazji. Co się w ogóle wydarzyło w tamtych katakumbach? Szczerze, to nigdy nie wierzyłem w kapelańskie bajania i ta przygoda sporo mi uświadomiła.

Usiadł koło niej oferując ramię do oparcia czy ogrzania. Zerknęła na niego zdziwiona i wzruszyła ramionami całkowicie ignorując ten gest.

- Widzisz, opowieść tamtego woźnicy zawierała w sobie sporo prawdy - odparła przymykając oczy, gdy gryzący dym poleciał w ich stronę. - W tamtym miejscu zdarzyło się coś na tyle strasznego, że ściągnęło akurat tego Mal. Ktoś przezornie poświęcił ziemię i nie dał mu wyjść z katakumb, ale jego wpływ był odczuwalny w okolicy. Przepraszam, że dałam się zmanipulować i wbiegłam wprost w pułapkę jak nowicjuszka, a przez to naraziłam ciebie. Na szczęście udało mi się go opanować.

- Jak? - zapytał poprawiając szczapy w ogniu, żeby nie zgasł. - Nie pytałem wcześniej, ale, Mio, czy ty jesteś magiem?

Przez chwilę przyglądała mu się bez zrozumienia, po czym westchnęła.

- Gemme, tak, jestem - odparła sucho. - Ale jak widać, niewiele potrafię... Tak się dać zmanipulować.

- Ale w końcu pokonałaś tego całego Mal, prawda? - zapytał rozglądając się niepewnie.

Elfka przytaknęła bez słowa, po czym wróciła do notowania. Zerknął na dziwne pismo, parę liter wyglądało podobnie, ale kilka dziwnych zawijasów w zdaniach nie pozwoliło mu rozszyfrować słów. Wrócił do przyglądania się ognisku. Co jeśli elfka spisuje jakąś klątwę i przypadkiem rzuci na niego?

Przeglądał zapasy, które im zostały po weselu w Prztykowie. Mięso zaczynało dziwnie pachnieć i się pocić w materiał, a wokół owoców zaczęły latać małe muszki. Na szczęście, wody mieli pod dostatkiem. Napełnił małą, metalową menażkę i zaczepił na końcu kija. Dwa inne kije wbił przed ogniskiem, by zrobić prowizoryczne rusztowanie i całą konstrukcję zamieścił przy ognisku.

- Nie masz przypadkiem drugiej menażki? - zapytał elfkę obierając jabłko, zignorowała go. - Podduszę jabłka, bo są już trochę nieświeże, a potem ugotuję mięso. Będziesz chciała trochę zjeść?

Rzuciła mu oburzone spojrzenie.

- Bruno! - wykrzyknęła zamykając księgę. - Gemme nie może jeść nieczystych pokarmów, bo zostanie skażona!

Przyjrzał się chwilę kawałkowi mięsa. Jeszcze nie śmierdziało, po ugotowaniu powinno być całkiem przydatne.

- Nie popsute - podsunął jej do powąchania, pisnęła odsuwając się. Wzruszył ramionami. - Nie, to nie. Więcej dla mnie. Ale jak ty możesz tak żyć? Potem się dziwisz, że długo ci się noga goi. Nie sądziłem, że elfy są aż tak różne od nas…

Przekrzywiła głowę zdziwiona, ale nie odpowiedziała. Opuchnięta noga prezentowała się tragicznie, jakby pokreślała jego słowa. Mio ponownie otworzyła księgę i wróciła do notowania. Widząc, że rozmowa została zakończona, Bruno wrócił do przyrządzania posiłku. Musiał zweryfikować swój pogląd na temat długouchej. Do tej pory brał ją za ekscentryczną bogaczkę, w końcu w każdej nacji było ich pełno. Potem pokonała to coś w katakumbach. Mal, czy jakoś tak. Przyznała, że jest magiem, co było bardzo niepokojącą informacją. Magowie w Imperium podlegali ścisłej kontroli Świętej Inkwizycji. Nigdy wcześniej nie odnotowano przypadki wizytacji magicznego dyplomaty, bo, chcąc nie chcąc, elfka przez swoją samowolę została ambasadorką swojego kraju. Nie przypominał sobie żadnych procedur, czy kodeksu postępowania w takich wypadkach. Bardzo łatwo blondynka mogłaby zostać oskarżona o szpiegostwo. Co skutecznie zakończyłoby ich wspólną przygodę.

- Brakowałoby mi jeszcze kolaboracji z wrogiem - mruknął zły, dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że powiedział swoje myśli na głos. Zerknął zaniepokojony na kobietę, ale ona nadal go ignorowała.

I jeszcze ten incydent na weselu. Może i był przypadkowym epizodem po pijaku, ale Bruno musiał przyznać, że nie pogniewałby się, gdyby przytrafił się jeszcze raz. Uśmiechnął się do siebie przypominając sobie zajście. Stanowczo by się nie pogniewał.

- Woda - odezwała się w pewnym momencie Mio patrząc mu prosto w oczy.

Drobne kwiatki wyszyte na gorsecie pasowały jej do oczu.

- Woda… - powtórzył półprzytomnie. - A! Woda! Jabłka!

Pospiesznie zdjął z ognia menażkę z rozgotowanymi i już trochę przypalonymi jabłkami. Przez jego gapiostwo cała woda wyparowała. Na szczęście jabłka nadawały się do spożycia. Później, przy gotowaniu reszty posiłku, był bardziej uważny. Kiedyś sobie obiecał, że więcej baba mu nie będzie siedzieć w głowie i nie sprowadzi na niego pecha, ale najwyraźniej zupełnie zapomniał o swoim postanowieniu.

“No, trochę dyscypliny. W tym wieku to trzpiotki latają za tobą, a nie ty za nimi…” pomyślał wgryzając się w mięso. Miało lekko kwaskowaty posmak.

Reszta popołudnia minęła im w milczącym skupieniu podczas delektowania się resztkami zapasów. Wieczorem zerwał się ciepły wiatr i bardzo szybko nawiał ciemnych, burzowych chmur. Powietrze zrobiło się ciężkie i męczące.

- Mio, nie znasz jakiegoś zaklęcia, żebyśmy nie zmokli? - zapytał dokładnie pakując ich dobytek.

Dziewczyna parsknęła poirytowana.

- Powiedziałam, że dopiero jutro odzyskam siły i będę w stanie korzystać z germe. Dzisiaj to zbyt niebezpieczne.

- W takim razie musimy się schronić gdzieś głębiej w lesie. Wśród tylu drzew raczej mała szansa, żeby coś nam groziło… - zadecydował nie ciągnąc więcej tematu magii. Raz w życiu spotkał maga i tamten coś wspominał o tym, że ich moc bardzo łatwo wymyka się spod kontroli, gdy są osłabieni. Dla Bruna było to okropnie nielogiczne. Skoro nie masz siły czegoś zrobić, to po prostu to ci nie wychodzi, a nie wychodzi mocniej. Splunął wstając.

- Chodź - podał elfce rękę.

Znowu się skrzywiła, gdy przypadkiem stanęła na chorej nodze. Poczuł dziwne ukłucie widząc jej minę. Nie czekając na nic wziął dziewczynę na ręce. Trochę przeszkadzała mu jego torba, ocierająca się o zabandażowaną rękę, ale zagryzł zęby i ignorując piski i protesty długouchej, zboczył ze ścieżki szukając schronienia wśród drzew.

Po kilku minutach kluczenia między drzewami z nieba lunął rzęsisty deszcz, a z oddali dochodziły ich przytłumione grzmoty. Bruno przystanął pod nie za wysokim dębem, ale po chwili namysłu stwierdził, że woli moknąć, niż zostać rażony piorunem. Wszak dąb zawsze sprowadzał błyskawice!

Mio przestała się szamotać, za co był jej wyjątkowo wdzięczny, bo za każdym razem szarpała sznurem od jego torby, który wżynał się w uszkodzone ramię. Oddalili się od nieszczęsnego dębu, gdy mężczyzna dostrzegł zarys budynku w środku lasu. Nie rozświetlało go żadne światło i wyglądał równie zachęcająco jak grobowiec, ale na pewno był lepszą alternatywną od przeklętego drzewa.

- No, zaraz będziemy mieli sucho nad głowami - poinformował długouchą i skierował się do budynku.

Praktycznie wpadli do środka w objęcia pięciu, dość nieprzyjemnie wyglądających mężczyzn. Jeden bawił się olbrzymim nożem wydłubując nim resztki jedzenia spomiędzy zębów, drugi czyścił swój pałasz, dwóch grało w kości, a ostatni wstał z krzesła rozkładając ramiona w powitalnym geście.

- Inastrance! - zakrzyknął zadowolony. - Rebiata, kład nam sam k'gniezdu wleciał!

Rozdział 6

7 komentarzy:

  1. Odcinek pod ogólnym patronatem przemyśleń i gdybań, dość spokojny. Wydaje mi się trochę taki nijaki a może to kwestia że czytam go o 02:47 w nocy :]
    Mimo to Clifhanger bezbłędny, brakuje jeszcze nieśmiertelnego szampana Igristoje w tle :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Będzie zbiorowa popijawa czy zbiorowy gwałt? (czy ewentualnie zbiorowy mord? trzecia opcja najmniej mi się podoba ;p)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może być nawet zbiorowe kolejne pierogów:) ale czas już ..

      Usuń
  3. No I co teraz? Jakie szanse na następny odcinek?
    Jak długie wogole jest to dzieło, i czy ciagle rośnie, czy ujawnia się z wolna?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę Was wszystkich strasznie przeprosić. Niestety w miesiące wakacyjne jest mi trochę ciężej wrzucać kolejne rozdziały co tydzień.
      Dzieło jest dopiero na początku pierwszej historii, więc jeszcze trochę rozdziałów zostało.

      Usuń
  4. ciekawy rozdział, czekam na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę mnie tu nie było, ale w przyszłym tygodniu pojawi się kolejny rozdział :)
      Dzięki za motywację!

      Usuń