niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 8 "Rwący, górski potok" część 2

Zaklął w myślach. Z elfką i całym bagażem na rękach nie zdąży sięgnąć po miecz. Dodatkowo od jakiegoś czasu lewe ramię znowu zaczęło dokuczliwie piec, prawdopodobnie rana otworzyła się na nowo.
- Bruno, postaw mnie proszę - szepnęła cicho elfka, ledwo ją dosłyszał.

- Nie lzia - mężczyzna pokręcił głową wskazując na miecz Bruna. - Pawoli, pawoli. Paszli k’sriedka. Rebiata! Miesta dla maladych, bystrej! Nu, sidziet’s nami. - wskazał na zwolnione przez dwóch bandytów miejsce przy stole.
Ostrożnie postawił swoją towarzyszkę nie robiąc żadnych gwałtownych ruchów. Szybko rzucił okiem po całym pomieszczeniu oceniając sytuację. Tego naprzeciwko prostym cięciem, ci od kości nie wyglądali na zbyt ogarniętych. Ten z nożem nie wpadnie na to, że może rzucać i prędzej sam sobie wydłubie oko jak dalej będzie tak wywijał ostrzem, niż Bruno będzie zmuszony do niego w ogóle podejść. Problem może stanowić ten z pałaszem, bo przynajmniej potrafił konserwować broń, bardzo wprawnie i z dużym doświadczeniem. Gdyby nie kulawa Mio, nawet by się nie zastanowił. Lewa ręka przestała boleć, gdy nie miał już obciążenia. Mógł ostrzec elfkę, by odskoczyła, gdy zacznie się coś dziać. Zorientował się, że było już za późno na reakcję, gdy dwóch osiłków przy stole odłożyło kości na bok i wstało z łoskotem. Będą musieli oddać pierwszą rundę walkowerem.
- Spasiba, sidziet’, nu - mężczyzna ponaglił, a pozostali rozstąpili się osaczając dwójkę. Mio ostrożnie zaczęła kuśtykać w stronę stołu.
Zły na siebie, że nie zareagował od razu już miał za nią iść, gdy “gospodarz” doskoczył bardzo sprawnie, mimo że wyglądał na najstarszego w całym towarzystwie, do elfki i podtrzymał ją za ramię.
- Dziewoćka, nu pozor, Jegor, dawaj pawiazka, bistrej, bistrej. Paciemu ty nie skazala szto ciebie bolna? Ajajaj… - lamentował niczym dobry dziadek do dawno niewidzianej wnuczki.
Bruno na moment kompletnie zgłupiał.
Patrzył jak mężczyzna od sztyletu wywinął ostrzem i schował je do pochwy przy pasku, zerwał się i pobiegł do drugiego pomieszczenia, które znajdowało się w głębi. Dopiero teraz zorientował się, że na ścianach tlą się knoty rozświetlając nieznacznie pomieszczenie. Zrobił krok i musiał przytrzymać się framugi, bo pokój zaczął się bujać i uginać pod ciężarem jego butów. Zerknął półprzytomnie na pociemniały bandaż na ręce. To by wyjaśniło jego opóźnione reakcje i otumanienie.
- Malcik, a ty szto? - mężczyzna zwrócił się do niego, gdy zwany Jegorem zajął się kostką elfki. - Ilia, Misza, dać jemu zdes.
Dwa draby podeszły do niego i chciały go złapać, ale przed oczami zrobiło mu się ciemno.

Gdy się ocknął leżał na starej pryczy, przez zabite okiennice sączyło się słabe światło. Bardzo chciał się podnieść, by się rozejrzeć, ale zupełnie nie miał sił. Przekręcił głowę. Obok stał drewniany taboret, na którym ktoś ułożył jego torbę i broń, na podłodze równo ułożone stały jego buty. Poza tym w pomieszczeniu stała spora, drewniana skrzynia, zapewne pełniąca funkcję stołu i przystawiony do niej kolejny trójnogi taboret. Po docierającym przez szpary świetle sądząc, zbliżało się południe. Ciszę przerwały głosy zbliżające się do budynku, w którym się znajdował. Wśród nich rozpoznał śmiech Mio. Powoli docierało do niego co się wczoraj stało. Schronili się przed burzą w chacie bandytów. Pokonał ich? Ktoś się wtrącił? Co się stało? Pytania kłębiły mu się po głowie, aż ból w skroniach zmusił go do zaciśnięcia powiek. Czyżby oberwał? Ale Mio najwyraźniej była cała.
Drzwi do pokoiku otworzyły się wpuszczając więcej światła, zerknął na stojącą w progu elfkę. Znowu rozświetlona, parsknął w duchu, co wywołało kolejny atak bólu. Skrzywił się. Dziewczyna podeszła do niego. Za nią wszedł jakiś mężczyzna, ale Bruno nie mógł się skupić, by mu się przyjrzeć.
- Obudziłeś się? - zapytała lekko zachrypniętym głosem, odkaszlnęła - kurz - dodała usprawiedliwiając się. - Jegor, to jest Bruno, Bruno, to jest Jegor, pomógł wczoraj cię opatrzyć. Mnie zresztą też. Powiedział, że do wesela się zagoi, choć nie wiem kto się żeni.
Wskazała na swoją prawą stopę.
Jegor, to był jeden z bandytów. Choć, po prawdzie, to oni wtargnęli do cudzego domu bez pytania.
- Co się stało? - zapytał, sam wiedział, że głupio, ale nie mógł zebrać myśli. Ostrożnie podniósł się siadając na pryczy. Lewa ręka była ładnie zabandażowana i ktoś ściągnął jego koszulę, na szczęście zostawiając spodnie na miejscu.
Mio przysunęła sobie wolny taboret szurając nim po drewnianej podłodze. Jegor skrzywił się nieznacznie.
- Wujek też się zastanawiał co się z wami stało. Panienka nie była pomocna w wyjaśnieniach… - westchnął chłopak. - My tu, dla turystów pokazy urządzamy. Czasem umówione z armatorem, a czasem samotne pary, które podróżują do Źródlanej. Trochę straszymy, potem się z narzeczoną targujemy o głowę kochanka, ale droga spokojna i nigdy się ranni nie trafiali. Nie warto w Źródlanej robić bałaganu, bo letnicy przestaną przyjeżdżać, a wtedy skończą się też dotacje z Korony, a tego ani Wujek, ani sołtys by nie chcieli.
Bruno zerkał na chłopaka nie rozumiejąc. Bandyci na niby? Turyści?
- A skąd taki pomysł? - wtrąciła elfka trącając zdrową nogą w buty Bruna, przewróciły się. - Żeby turystów na niby napadać?
Chłopak wyraźnie się ożywił, gdy padło to pytanie.
- My z chłopakami jesteśmy kustoszami w miejskiej bibliotece, a to taka dodatkowa robota, by było ciekawiej. Kiedyś Źródlana nie była atrakcją turystyczną, za to napadali tu na wszystko co się dało. I to nie byle kto! Elfy! - dziewczyna wytrzeszczyła oczy, ale nie przerwała opowieści. - Tak, tak panienko. Siedmiu ich było, poruszali się bezszelestnie i potrafili w ciągu jednego dnia pokonać całą trasę wokół Źródlanej. A przecież to przynajmniej tygodniowa wyprawa i większość ścieżek urywa się na skarpie. Ale według jednej z ksiąg, a uwierzcie, wiele z nich opowiada o tych elfach, przodkini obecnego sołtysa, hrabianka z południa, sama jedna złapała bandę elfów i straciła, każdego przy innej bramie Źródlanej, na przestrogę innym bandytom. No i od tamtego czasu nikt tu już nie napadał. Tak na poważnie. A my? Chacialim… Chcieliśmy przywrócić legendę, by uatrakcyjnić turystom wycieczki. W sumie to Wujek wpadł na ten pomysł, dawno temu. Zawsze werbuje świeżych kustoszy z Universitas Reginas. Ot, taka praca na trzy miesiące w ramach praktyk. Po sezonie wrócimy z chłopakami na uczelnię, a za rok to pewnie znowu jakieś koty wyślą. A was co tak pogryzło i gdzie? Jak jakaś potwora czy inne zbóje, to trzeba sołtysowi cichaczem dać znać…
- A to przez Mal - zaczęła Mio tłumaczyć. - Ale to już kilka dni temu, tyle że nie było jak się zająć.
Chłopak spojrzał błagalnie na Bruna i ten zrozumiał, że “bandyci” nasłuchali się elfiej wersji wydarzeń. Co ona im w ogóle naopowiadała? Jegor czekał na jego wyjaśnienia. Z tymże Bruno wcale nie miał ochoty dzielić się ich przejściami. Zwłaszcza, że do tej pory kłębiły mu się wspomnienia, z których sam niewiele rozumiał. Zamiast tego zaciekawiła go inna sprawa.
- A jak te elfy wyglądały? - zapytał przesuwając się na krawędź łóżka. Mógł ruszać palcami, więc ręka została sprawna, o większy zakres ruchów się nie pokusił, bo nie chciał na nowo otworzyć rany. Po raz kolejny.
- Z legendy? A, tak jak my, tylko chude były i kopiowane… to jest przycięte uszy miały. W księdze bardzo dużo o tych ściętych uszach jest poświęcone. I mówiły nie po naszemu, ale jak po naszemu. Wujek to historyk, rekonstrukcją inszego języka się zajmuje. My z chłopakami to tam ledwo ledwo, ale Wujek to płynnie gada. Zresztą, przywitał was wczoraj, bo myślał, żeście turyści, a nie strudzeni podróżni. Byśmy bez tej szopki… A panience jak noga, lepiej?
Mio bez słowa przytaknęła, od dłuższego czasu była dziwnie poważna. Jak tylko zostaną sami będzie musiał ją dokładnie wypytać. Z tego co zauważył, chłopak do tej pory nie zorientował się, że dziewczyna jest elfką. Ciekaw był czy ten cały Wujek się zorientował i może jego nieobecność spowodowana była wizytą u straży. Brakowałoby im aresztowania, bo kultura miasta krążyła wokół jednej legendy.
- A poza bandytami z legendy macie jeszcze jakieś atrakcje? - dopytywał ostrożnie zakładając buty i szukając wzrokiem koszuli. Wolał być gotowy na każdą ewentualność.
Chłopak na chwilę się zapowietrzył jakby Bruno strzelił mu w twarz, ale natychmiast wrócił do uprzejmego tonu.
- Najwspanialsze w całym Imperium gorące źródła! Woda termalna idealna do kąpieli, jak i do picia, musicie koniecznie spróbować, przybywają do nas z samej stolicy, by odpocząć i nabrać sił. A po wieczorkach kulturalnych u Hanki jest po co wypoczywać. Cała kulturalna stolica zjeżdża, ale jak chcecie, to powołajcie się na mnie, na pewno dostaniecie pokój.
Bruno przytaknął nieświadomie. Tak, nocleg u Hanki, bo przecież muszą spędzić w Źródlanej kilka dni, by zregenerować siły. Nie, zaraz, przecież mieli jechać dalej.
- Gorące źródła! - ucieszyła się elfka i to dziwne uczucie, że cel ich podróży był gdzieś dalej uleciał. - Mówiłeś, że jesteś kustoszem w bibliotece. Dużo ksiąg macie? Czy zwiedzający mogą je czytać? Bardzo mnie ciekawi historia waszego miasteczka.
Elfka dokładnie przyglądała się chłopakowi. Bruno miał wrażenie, że próbuje na nim jakichś dziwnych sztuczek, ale to było tylko ulotne wrażenie. Poza tym chłopak powiedział, że jest ze stolicy, a nie ze Źródlanej, prawda?
- Mnóstwo, zwiedzający muszą dokonać opłaty, ale tak,wszystkie księgi są dostępne. Co cenniejsze można obejrzeć tylko pod okiem kustosza, ale to chyba oczywiste. No i - zwrócił się bezpośrednio do Bruna. - Panienka już się zgodziła, zawieziemy was do Domu Pana, prowadzą tam lazaret, gdyby dalej było coś nie tak z ręką, to się nią zajmą.
Bruno skrzywił się.
- Dziękujemy, ale wystarczy jak podrzucicie nas do Hanki, chętnie skorzystamy z gościny, a w razie czego, ktoś nam wskaże drogę do Domu Pana.
Jegor przytaknął.
- I tak mamy zawieźć upolowane sarny.

Siedzenie na wozie obok sarnich zwłok dla Bruna nie było przyjemne, ale dla Mio okazało się prawdziwą torturą. Patrzyła z przerażeniem w oczach na otwarte sarnie pyski, dobrze, że oczy miały zamknięte, i przy każdym podskoku odsuwała jak najdalej się da. Jego obawy okazały się nieuzasadnione, bo ani Wujek ani reszta bandytów nie była świadoma kogo tak naprawdę wiozą.
Zatrzymali się tuż za bramą miasta, na której wbrew oczekiwaniom nie wisiał żaden trup. Ciężkiej bramy pilnowało dwóch strażników, którzy nawet na nich nie zerknęli, gdy wóz przejeżdżał.
Przy murach stał niewielki zajazd z wydzielonym ogródkiem, drewniany szyld głosił, że trafili do Hanki. Studenci pobiegli z sarnami, a Bruno chciał już schodzić z wozu, ale Wujek ich powstrzymał.
- Malcik, pozor - zaczął w tym dziwnym języku, ale odchrząknął. - Uważajcie, ja wiem kto ty jesteś, a paru starszych też skojarzy. Uszy warto zakryć… Odpocznijcie i ruszajcie dalej. Nu, paszli!

Rozdział 7

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz