niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 10 "Rwący górski potok" część 4

W bibliotece spędzili sporo czasu w szatni, gdyż stróż nie chciał ich wpuścić w przemoczonych ubraniach.
- Buty i płaszcze tu - wskazał na jedną z wielu półek zawieszonych na ścianie. - Opłata przy odbiorze.

Bruno z chęcią oddał swoją wierzchnią tunikę, jeszcze trochę i mógłby spokojnie wyżymać całe swoje ubranie. Przyglądał się z boku jak elfka ostrożnie ściąga kaptur, mokre kosmyki włosów przykleiły jej się do twarzy, ale generalnie cała fryzura zrobiła się nastroszona od deszczu i dziewczyna wyglądała jak jeden z tych egzotycznych psów, które trzymały mieszkanki stolicy. Wprawdzie uszu nie było widać, ale Bruno obawiał się, że co wprawniejsze oko dostrzeże dość egzotyczną urodę elfki. Z drugiej strony istniała spora szansa, że dziewczyna wtopi się w tłum. Przynajmniej tyle stwierdził, gdy już zostali wpuszczeni do biblioteki mijając olbrzymią kobietę, była wyższa od Bruna prawie o głowę, z wściekle rudymi, długimi włosami, które dziwnie falowały, gdy się poruszała. Zmarszczyła nos widząc ulewę na zewnątrz i kichnęła.
- Na zdrowie - odruchowo odpowiedział jej Bruno.
Skinęła mu głową wyniośle i wyszła. Zastanawiał się, czy może nie jest to gigantka z Felduru, zarówno kolor włosów, jak i przede wszystkim wzrost pasowały. Mio śledziła przez chwilę kobietę wzrokiem, nawet gdy tamta wyszła z budynku.
- Ona korzysta z germe - stwierdziła wskazując w stronę rudej, przez olbrzymie okno widzieli jak z wściekłością przebiega przez ulicę.
- Po czym wnosisz? - zainteresował się.
- Włosy jej płonęły - stwierdziła oczywistość, przynajmniej w swoim mniemaniu. - Chodźmy wreszcie.
Zatrzymali się przed olbrzymim biurkiem za którym siedziała starsza kobieta, która czytała jakąś księgę mrużąc oczy i co chwila zaśmiewając się w głos. Trochę trwało nim w ogóle zauważyła ich obecność, a jeszcze dłużej, nim się nimi zainteresowała. Mio w tym czasie zdążyła przedreptać cały hol, przyjrzeć się wszystkim obrazom i skomentować przynajmniej połowę z nich.
- Czego chcą? - zapytała niespiesznie zamykając księgę kobieta.
Mio w oka mgnieniu znalazła się przy niej i uśmiechając szeroko wyjaśniła pokrótce cel ich wizyty. Wojownik w połowie historii sam już nie wiedział, po co w ogóle przyjechali do tego miejsca, a jeszcze doskwierała mu zabandażowana ręka. Dotarło do niego, że jednak będzie musiał odwiedzić Dom Pana i przylegający do niego lazaret. A potem możliwie szybko opuszczą to miejsce, tak jak im doradzał wujaszek Jegora. I szczerze liczył na to, że Mio znowu nie zrobi czegoś głupiego. Jego nadzieję podtrzymywał fakt, że póki co zachowywała się jak na siebie nad wyraz rozsądnie. Poza drobnym incydentem na targu.
Biblioteka, mimo rozbudowanej infrastruktury na wejściu, nie była zbyt imponująca. Ot, dwie spore sale wypełnione regałami, kilka stolików i kręte schody prowadzące na dół, zapewne do cenniejszych zbiorów. Wojownik nie zauważył w okolicy żadnego z rzeczonych kustoszy podejrzewając, że pewnie wszyscy czatują na podróżników przy drodze.
Mio szybko przeszła między regałami i wybrała jedną z ksiąg, wydawało się, że dokładnie o tę jej chodziło, choć mężczyzna podejrzewał, że dzieło zostało wybrane na chybił trafił.
- Tylko żeby ci klejnot nie wypadł - zażartował szeptem, gdy biegła w stronę stolika.
Albo nie dosłyszała, albo celowo zignorowała jego słowa. Zasiadła na miękkim krześle i zajęła się lekturą. Bruno nie mając nic lepszego do roboty usiadł na krześle obok i zaczął rozglądać się po wnętrzu. Wszechobecny kurz i zapach starych książek kręcił w nosie i nadawał sali sennej atmosfery. Siąpiący za oknami deszcz dodatkowo potęgował to wrażenie.
- Przywiązałam ten klejnot do siebie, Bruno - niespodziewanie elfka zaczęła rozmowę przekładając kolejną stronicę topornego tomiszcza. - Dlatego bez mojej wiedzy nie oddali się ode mnie.
- Przywiązałaś? Przecież sznurki łatwo przeciąć! - oburzył się szczerze mężczyzna patrząc na wyjątkowo realistyczną rycinę przedstawiającą czarownicę płonącą na stosie. Albo mu się wydawało, albo kobieta miała spiczaste uszy i pociągłą twarz.
- Nie w ten sposób - parsknęła cicho. - Za pomocą germe.
Skinął głową udając, że rozumie, choć naprawdę nie miał pojęcia o czym cudak znowu opowiadał. Zrozumiał tylko jedno, że kwestia bezpieczeństwa klejnotu leży po stronie Mio i nic mu do tego. Ta perspektywa wydała mu się absurdalnie niedorzeczna. Elfka sama o siebie nie potrafiła zadbać, a co dopiero o przeklęty klejnot. Łatwiej byłoby mu chronić ją, gdyby wiedział, że ten dziwny artefakt jest w odpowiedzialnych rękach.
- Myślisz, że jesteś lepszym magiem ode mnie? - zapytała ostro blondynka i dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że ostatnie zdanie powiedział na głos.
Zamiast jednak przeprosić odpowiedział na atak.
- Magiem nie, ale na pewno nie gubię swoich rzeczy.
- Na pewno?
Proste, oczywiste stwierdzenie dziewczyny zabolało. Choć sama nie mogła wiedzieć czemu. Zagrało na bardzo starym, bardzo nieprzyjemnym wspomnieniu, o którym wojownik wolałby nie pamiętać.
- Nie nadajesz się, żeby zajmować się tak cennymi przedmiotami - rzucił machinalnie w stronę elfki. Chciał się zamknąć, wiedział, że powinien się zamknąć, ale język sam kłapał dalej. - Najpierw robisz, potem się dziwisz, że stało się coś złego. Niby mag-szlachcic, a podróżuje po obcym państwie bez świty, sekretnie. Gdyby nie twoja głupota, można by cię podejrzewać o szpiegostwo.
Elfka rzuciła mu tylko spojrzenie, wstała i wyszła nie odkładając księgi na miejsce.
Dopiero po chwili, gdy ochłonął dotarło do niego, że jego słowa mogły wcale się nie rozminąć z prawdą. Od samego początku egzotyczny cudak wydawał mu się za bardzo wyjęty z innej bajki. Tylko co planowała osiągnąć dziewczyna szlajając się po szlaku razem z nim? Chyba, że rzeczywiście celem jej pobytu był markiz Grasse. Nie był wprawdzie zbyt rozgarniętym arystokratą, ale w całym Imperium powszechnie wiadomo było, że jest dobrym przyjacielem miłościwie panującego.
Bruno poderwał się z krzesła i wybiegł z biblioteki ledwie pamiętając, by odebrać swoje ubrania z szatni. Czyżby ta głupiutka elfka naprawdę planowała coś poważniejszego? A on pozwolił jej się oddalić.
Na zewnątrz wciąż padało, jednak nie to rzuciło mu się w oczy, a kolorowy tłum maszerujący po ulicach z przygasającymi pochodniami i widłami, niczym grupa wieśniaków próbująca przegonić wilka. Panował harmider i wyjątkowy hałas, a ludzi nie odstraszała brzydka pogoda.
Wojownik złapał młodego chłopaka, który szedł z boku.
- Co tu się wyrabia? – zapytał wskazując na resztę tłumu.
Chłopak wyszczerzył się pokazując brak przednich zębów, które stracił pewnie w jednej z wielu bójek.
- Na elfa idą! – odparł i wyrwał się dołączając do reszty.

Rozdział 9

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz