niedziela, 6 lipca 2014

Rozdział 11 "Prawo własności"

Mężczyzna w szarym mundurze żwawym krokiem przemierzał szeroki korytarz. Skręcił w kamienny załom pod masywnymi arkadami. Zerknął przez ramię i przyśpieszył kroku. Dotarł do drewnianych drzwi na końcu korytarza i zatrzymał się wyraźnie czegoś nasłuchując.
Odczekał chwilę i ostrożnie wszedł do środka, gdzie panował lekki półmrok i, mimo wczesnego ranka, senna atmosfera.
- Nie spieszyłeś się - skarcił go siedzący w miękkim fotelu inny. Przeglądał dokumenty i darł poszczególne z nich na drobne kawałki ze swoistym namaszczeniem.
- Sprawy resortu - wyjaśnił. - Będą na wieczornym podsumowaniu.
- A ta ważniejsza sprawa? - zapytał zniżając głos.
- W toku - odparł zdawkowo przyglądając się uważnie dokumentom na biurku i drugiemu mężczyźnie.
Granatowy surdut był pognieciony z prawej strony, zwłaszcza na łokciu, prawdopodobnie jego właściciel spędził noc za biurkiem. Halsztuk na szyi był niedbale przewiązany, a z reguły starannie ułożone jasne włosy zmierzwione. Kolejny fragment papieru okraszony pieczęcią królewską został zniszczony, uchwała dotycząca zabezpieczenia portu.
- Tą pod spodem najpierw przeczytaj - doradził oschle, ale natychmiast stanął na baczność.
Blondyn zatrzymał się i spojrzał na drugiego mężczyznę.
- Doradzasz mi prywatnie czy służbowo? - zapytał unosząc jedną brew.
- Maliel, Maliel, ty się do tego nie nadajesz… - mężczyzna w mundurze parsknął i swobodnie usiadł na krześle obok biurka. - Tą konkretnie chcesz podpisać. Dwie kolejne możesz spalić albo oddać grasom do ponownego przegłosowania. Przynajmniej będą mieli jakieś zajęcie, bo zaczynają się szmery.
Maliel zerknął na trzy kolejne dokumenty. Podniósł pieczęć i przytknął do dwóch.
- Jakie? I czemu mówisz mi o tym dopiero teraz?
- Bo dopiero zaczęli - wzruszył ramionami. - W tym pokoju tylko jedna osoba jest na niewłaściwym stanowisku.
- W takim razie czemu tak długo ci to zajmuje? - warknął blondyn. - Minął miesiąc, postępów brak. Od dzisiaj raporty mają być codziennie rano, chyba że ja odwołam spotkanie.
Ten drugi wstał i sparodiował dworski ukłon.
- Wybaczcie prawie królu i władco, ale ostatnio zależało ci na opóźnieniach.
Maliel wrócił do czytania dokumentu specjalnie przeciągając ciszę.
- Widzisz, sam zauważyłeś, że sytuacja się zmieniła, zaczynają się szmery, ale nie tylko na dworze. Myślałem, że uda mi się wszystko dokończyć, ale jest pewien mały problem.
- Podpis? Możesz sfabrykować.
- Mogę… Ale jak nieobecni mogą to zrobić? Gdyby udało się to miesiąc temu. Ale teraz wszyscy wiedzą. Drugi raz ta sama sztuczka z tajemniczo odnalezionymi dokumentami się nie uda. Poza tym… brakuje mi czarnej owcy. Ostatnie dziesięć lat było ciężkie, a ja nie mam kogo obarczyć winą, tak, by moja wersja została przyjęta z wystarczającym entuzjazmem. Tak, nie jestem aż tak głupi i może nawet nadaję się do tej roli. Na pewno bardziej niż ona, ale to muszę udowodnić.
Znowu zapadła cisza. Obaj mężczyźni udawali, że studiują ustawę na biurku.
- Powiedzmy, że w ciągu tygodnia ją znajdę - ten drugi ważył słowa uważnie obserwując rozmówcę. - Wiesz, że wtedy mogę potrzebować kogoś z Rady do pomocy? Jak bardzo bym nie wierzył w swoje umiejętności i spryt, z gemme sobie nie poradzę - gdy Maliel rzucił mu sceptyczne spojrzenie sprostował. - Bez zabijania go.
- Użyj tego swojego sprytu, w końcu to twoja mocna strona. Wiesz, co ma być zrobione. Mnie nie interesuje jak. I nie każ mi żałować zmiany mistrza ceremonii…
Ostatnie było wyraźną groźbą, a dotychczas beztroski mężczyzna nagle usiadł prosto i mierzył wzrokiem rozmówcę. Tamten wrócił do studiowania reszty dokumentów.
- Możesz wyjść.


- Louvel! Poczekaj na mnie chwilę! - gdy oddalił się od gabinetu Maliela dogonił go jeden z pozostałych doradców. - Tu masz listę gości na jutrzejszy bal, trzeba ich odpowiednio posadzić.
Przyjął listę z wymuszonym uśmiechem. Oficjalnie jako mistrz ceremonii takimi kwestiami się zajmował. Drugi doradca próbował jeszcze go zagadać, ale zbył go naglącymi obowiązkami. Podziękował za listę i poszedł dalej. Naraził się Malielowi wbrew zdrowemu rozsądkowi i musiał teraz wyprostować sprawy, by przypadkiem nie stracić głowy.

Rozdział 10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz