poniedziałek, 16 listopada 2015

Rozdział 14 Pieśń o Wyspach we mgle - część 1

- Egzotyczny kwiecie! - zakrzyknął zrywając się z krzesła szatyn ubrany w drogi surdut z materiału podobnego do gorsetu Mio. - Jakimż cudem rozkwitasz w tej nędznej spelunie? Czyżbyś była boginką zesłaną mi przez matkę wenę? Uszczypnijcie towarzysze, bo oczom swym nie dowierzam. Lelijo, cynio złota. Prawdziwaś ty, czyś marą? Jeśliś marą, nie niknij. Nie opuszczaj sługi swego, o smagliczko rześka.

Mio parsknęła głupawym śmiechem, co trochę zafrapowało młodzieńca. Wyglądał, jakby nie takiej reakcji po kobiecie się spodziewał. Bruno uśmiechnął się półgębkiem podchodząc do stolika.
- Kapryśnaś, jak twoja pani - kontynuował tamten nie tracąc zapału. - Daj się udobruchać. Przemów raz jeszcze. Czego pragniesz, powiedz. Spełnię każdy twój rozkaz, muzo moja. Pozwól mi, niegodnemu, sobie służyć.
- Chciałam się dowiedzieć, gdzie w tym miasteczku jest łaźnia, o której mówiliście - powiedziała cierpliwie elfka.
Bruno z kolei nie podzielał jej cierpliwości. Chciał wyrazić swoje zdanie, przerywając ten dziwny pokaz, stanowczo miał ich dość, ale szatyn doskoczył do elfki i klęknął przed nią patrząc jej prosto w oczy.
Wojownik zacisnął pięści.
- Cynio chabrowa! - zakrzyknął entuzjastycznie młodzieniec chwytając ją za rękę. - Twój uniżony sługa prosi… błaga cię, byś poniechała tamtego przybytku zepsucia. Godne twej urody jedynie dzikie źródło w górach na skraju lasu. Jeśli zachcesz uczynić mi tę radość i zaszczyt, mogę cię tam zaprowadzić choćby i zaraz.
- Daleko to źródło? - wtrącił niskim głosem Bruno ucinając pianie młodego koguta.
Poeta na chwilę się uciszył, jakby dopiero w tej chwili zauważył obecność bądź co bądź potężnego wojownika. Mierzyli się spojrzeniem słownie chwilkę, gdy Mio oswobodziła się i wstała trochę niezręcznie. Bruno zauważył, że noga dalej jej doskwiera, ale po rozmowie z chirurgiem nie zamierzał jej proponować wizyty.
- Dzikie źródło to chyba nie jest jednak miejsce, które mogę dziś odwiedzić - odparła grzecznie. - Myślałam, żeby zwiedzić to miasteczko… Choć mi już dwa razy przeszkodzono.
- Aniele słoneczny - chłopak dalej klęczał. - Pozwól, że cię po tej zapyziałej wsi - skrzywił się udając zniesmaczenie - oprowadzę. Dopilnuję, byś poznała co najlepsze, a uniknęła motłochu i pospólstwa, które tu się kręci - ostatnie powiedział zerkając na Bruna. - A który niegodzien twego jednego, niebiańskiego spojrzenia. Zdradzisz mi, o nimfo wodna, wyznawcy swemu, swe imię?
Elfka odsunęła się trochę od szatyna i zerknęła dziwnie na Bruna. Który stał rozważając którą rękawicą w młodzika rzucić. Lewą, żeby stracił zęby czy prawą, żeby stracił przytomność. Zbyt skupiony na swoich planach, ledwo dostrzegł to, że dziewczyna wyprostowała się sztywno.
- Jestem Mariegnon II Annaen Dalian des Brume Szafirowa, chodząca po falach, biały szkwał, Pani Wysp we Mgle, gemme z Wieży o kolorze Szafiru, siostra Maliela, córka Rechiela III Czcigodnego i Manon Jedynej Złotej od Elen Wichrzycielki. Ale wygodniej jest mówić Mio. To mój… rycerz, po prostu Bruno. A pan jest?
- Szafirowa! - zerwał się na równe nogi poeta ignorując wzmiankę o wojowniku. - Klejnocie zdobiący diadem matki weny. Jam jest Kriss Bohm, niegodzien znamienitego nazwiska swego ojca i równie wspaniałego imienia swego dziada.
Bruno przestał stukać palcami o blat stołu obok, dopiero do niego dotarło to, jak przedstawiła się Mio. Się i jego. Liczba tytułów na miarę księcia, a nie barona, ale co on tam wie, o kulturze elfów. Choć to “po prostu Bruno” trochę go zabolało, mimo że starał się nie wracać do przeszłości. A tym bardziej do nazwiska.
- Kojarzę Bohma seniora - przyklasnęła dłońmi uszczęśliwiona. - Był u nas na dworze jak byłam mała. Zadedykował maman Złote… jab-łko - śmiesznie zaakcentowała ostanie słowo kładąc nacisk na “ł” jakby było to inne jabłko niż takie, które jadała do tej pory. - I papa odesłał go z czarnym… wilczym biletem.
Poeta zaśmiał się nerwowo.
- Senior mój nie znał umiaru w komplementach - odparł zawstydzony, choć Bruno miał wrażenie, że speszyło go coś jeszcze, bo ostrożnie odsunął się od elfki. - Wybacz, pani, za tamto oraz za moje niestosowne zachowanie. Panowie, gdzie wasze maniery? Zróbcie miejsca dla damy!
W kilka chwil rozgonił swoich towarzyszy. Zarządził, żeby zsunąć kilka stołów i w honorowym miejscu posadził elfkę i, co było miłą odmianą po dotychczasowym ignorowaniu, zostawił wolne krzesło z prawej strony specjalnie dla niego. Wojownik nie zastanawiając się skorzystał z okazji i rozsiadł się przeglądając kartę.
- Polecam tutejszą szarlotkę - doradził im, choć natychmiast spuścił wzrok, gdy elfka zerknęła zaciekawiona.
Następna godzina była bardzo niezręczna. Poeta usługiwał elfce, a gdy któryś z jego towarzyszy próbował zagadać, był przez niego uciszony. Wokół ich zgromadzenia zaczęli się zbierać również inni ludzie. Bruno zastanawiał się, kiedy i w jaki sposób zabrać stąd Mio, żeby nie wzbudzić podejrzeń.
- Pani, wybacz jeśli cię zanudzam, ale w głowę zachodzę - rzucił w pewnym momencie Bohm ściszając głos, żeby nikt nie dosłyszał. - Co robisz tak daleko od domu w dodatku bez swoich ludzi? Czyżby czcigodny Rechiel poprosił cesarza, żeby udzielił ci gościny incognito? Imperium jest wielkie i bezpieczne, ale nawet w lasach przy Źródlanej przytrafiają się wykolejeńcy…
- Papa nie żyje od kilkunastu lat - machnęła dłonią nonszalancko. - Chciałam zwiedzić wasz kraj, w końcu jesteśmy bliskimi sąsiadami, a tak mało o sobie wiemy. Jedyne delegacje z Imperium jakie do tej pory mieliśmy to pojedynczy podróżnicy jak twój papa, który poszukiwał inspiracji w Brume.
- Tak, legendarne wyspy we mgle… Widzisz, pani, u nas większość ludzi twierdzi, że wasz kraj nie istnieje. Zwłaszcza tu na wschodzie. Mieszkańcy Źródlanej w życiu nie widzieli elfa.
- A legenda? - wtrącił równie cicho Bruno.
- A, to. Ja podejrzewam, że to barbarzyńcy zza gór. Znam opowieści od ojca, a nie tylko legendy. I nie wierzę, żeby za tym, co tu się stało były elfy. Bo po co?
- Też próbuję się dowiedzieć - odparła elfka żarliwie. - To pierwsze miejsce, które ma jakąś wspólną historię z moim ludem i od razu tak niepochlebną. Jako ambasadorka, choć na nieoficjalnej wizycie, czuję się zobligowana wyjaśnić tę sprawę.
Bruno czuł, że musi podzielić się rozmową z chirurgiem, ale w kawiarni było zbyt wiele ciekawskich uszu, żeby ten temat kontynuować.
- Mio, powoli się ściemnia, powinniśmy wrócić do zajazdu.
- Jak ten czas w miłym towarzystwie leci! - poeta zakrzyknął zerkając na sporą grupę młodych pensjonariuszek, które wsłuchiwały się w historię snutą przez jednego z jego kolegów. Wojownik zauważył, że chłopak kiwa głową z uznaniem i nie kwapi się, żeby przejąć całą uwagę na siebie bardziej zainteresowany swoim rozmówcą. Choć trochę mu się nie dziwił. Egzotyczny cudak był ciekawszym zjawiskiem. Zwłaszcza, gdy łączyła ich wspólna historia. - A gdzie się zatrzymaliście?
- U Hanki - odparła blondynka, nim wojownik zdążył coś powiedzieć.
- To więcej niż zrządzenie losu - zakrzyknął poeta wracając na chwilę do swojej starej roli piejącego koguta. - To przeznaczenie! Też stacjonujemy u Hanki. Jakim cudem udało się wam zdobyć pokój?
- Śmieszna historia - parsknęła brzydko elfka. - Tutejsi kustosze chcieli wziąć od nas okup, a Hanka ma specjalny pokój dla porwanych.
Nic z tłumaczeń elfki nie zostało zrozumiane przez Krissa. Bruno sam przez chwilę się zastanawiał, jak trafili naprawdę do Hanki. Ale miał teraz ważniejszą sprawę do omówienia ze swoją towarzyszką, zamiast tłumaczyć postronnym ich wspólną historię.
- Może spotkamy się przy kolacji albo przy śniadaniu - rzucił z nadzieją poeta, gdy wstali od stołu. - Ciekaw jestem, czy wszystkie historie opowiedziane mi przez ojca są prawdą.
- Dobranoc - pożegnała się grzecznie elfka, wyraźnie zmęczona i wrócili do zajazdu.
Podczas uciążliwie powolnej drogi powrotnej Bruno zastanawiał się nad wszystkimi sensacjami dnia dzisiejszego. Przez przypadkową rozmowę w kawiarni dowiedział się więcej konkretnych informacji o swojej elfce niż przez ostatnie wspólne tygodnie podróży. A podobno, to podróże zbliżają.
- Mariegnon, tak? - rzucił w jej stronę, gdy weszli do pokoju.
- Nie zaczynaj, Thornberg - znowu, szpila, mocna jak diabli. Dodatkowo, gdy tylko zamknął drzwi elfka znowu stała się nieprzyjemnie rzeczowa. Najwyraźniej dalej chowała urazę.
Ale nie miał w tej chwili ani czasu ani głowy na przeprosiny.
- Słuchaj, rozmawiałem w Lazarecie z chirurgiem i dowiedziałem się, że na pewno zbójami były elfy i że nie zostały złapane, tylko uciekły paląc prawie całe miasto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz